Zrób sobie wroga, czyli nadwiślański patriotyzm

Ktoś kto postanowił zostać narodowcem, ma twardy orzech do zgryzienia. Jak dotąd nikt bowiem jednoznacznie nie zdefiniował, czym właściwie jest naród.

Zgoda panuje co do jednego. Naród jest pewną grupą ludzką, połączoną wspólnymi cechami. Jakie muszą to być cechy, by przypadkowa zbieranina ludzi została uznana za naród, mimo trwającej ponad stulecie dyskusji, nikt jeszcze nie ustalił. Hans Kohn pisał wprost: „Jego dokładne określenie pojęciowe jest niemożliwe. Narodowość jest historycznym i politycznym pojęciem, a słowa >naród< i >narodowość< przeżyły już niemało zmian znaczeniowych”. Jedni badacze przekonywali, że musi być to wspólny jeżyk. To ważna cecha, bo język nie służy wyłącznie do porozumiewania się, ale także do myślenia. To język tworzy zakres pojęć, w jakich człowiek postrzega świat – wspólny język tworzy więc wspólną dla danej społeczności wizję świata. Klasyczny przykład: Europejczykom wystarczy jedno słowo na określenie śniegu – ludy szeroko rozumianej Północy, mają tych słów nieporównywalnie więcej, bo śnieg stanowi treść ich życia w znacznie większym stopniu niż naszego.

Jeśli jednak spojrzeć w głąb historii, okaże się, że wspólny język nie jest wystarczającym kryterium, do zdefiniowania narodu. Jeśli założymy, że Rzeczpospolita od okresu jagiellońskiego była narodem, to przecież mówiło się w niej w wielu językach, podobnie jak w tym samym czasie na Węgrzech, we współczesnych Belgii, Szwajcarii, czy bodaj najbardziej pomieszanych pod tym względem Stanach Zjednoczonych, gdzie ogromna część społeczeństwa, wbrew potocznej opinii, ledwo coś rozumie po angielsku.

Szczęka Habsburga

Kompletnym absurdem okazało się też definiowanie narodu, jako pewnej grupy posiadającej wspólne cechy genetyczne – w czym celował hitleryzm i współczesne ruchy narodowców. Z pozoru ma to pewien sens. Samo polskie słowo „naród” pochodzi od „narodzić się” i jeszcze w XV wieku używało się go na określenie potomstwa. W innych językach, wywodzących się z łaciny jest podobnie. „Natio” pochodzi od „nascor”, „nasci” – rodzić się, zaś „gens” od „gigno”, „gignere” – rodzić. Słowo naród ma więc rodowód sięgający daleko w przeszłość i ma rodowód plemienny. Jeszcze w początkach XX wieku tak właśnie usiłowano definiować naród – jako wspólnotę pochodzącą od jakiegoś wspólnego przodka, często mitycznego – jak słowiańscy Lech, Czech i Rus.

Powojenny rozwój genetyki całkowicie jednak zburzył tę teorię. Osoby „czyste” rasowo żyją być może jeszcze w odizolowanych od świata, równikowych dżunglach czy na niedostępnych wyspach. Wszyscy Europejczycy są genetyczną mieszaniną, którą przez tysiąclecia wzbogacały migracje ludności, wojny i związane z nimi masowe gwałty, miliardy chwilowych zauroczeń i erotycznych uniesień. Nie tylko zresztą. Małe, odizolowane społeczności od zawsze podświadomie zdawały sobie sprawę z konieczności wzbogacania puli genetycznej. Plemiona syberyjskie i Eskimosi jako normę traktują ugoszczenie obcego nocą z żoną lub córką. Było tak zresztą w wielu częściach świata. Nieżyjący już reporter Bruce Chatwin pisał o takich zjawiskach również w walijskich wioskach na początku XX wieku. A o tym jak słuszne były to działania najłatwiej przekonać się, obserwując wielkie dynastie Europy, które krzyżowały się wyłącznie we własnych kręgach, „czystych” arystokratyczną rasą. Choćby Habsburgów, których „krzyżowanie wsobne” – jak określają to genetycy – skończyło się deformacjami twarzy jej przedstawicieli (tzw. szczęka Habsburgów) i szeregiem innych chorób genetycznych.

Misja od Boga

W tej sytuacji bodaj najwięcej sensu ma zdefiniowanie narodu, jako grupy ludzkiej posiadającej tę nieuchwytną naukowo, ale odczuwalną cechę „świadomości narodowej”, na którą składa się poczucie wspólnoty, odrębności od innych grup ludzkich, wspólnej historii i kultury. Taka definicja całkowicie jednak pozbawia sensu istnienie nacjonalizmu – członkiem narodu może bowiem zostać teoretycznie każdy, kto będzie chciał się zasymilować i pożyje na tyle długo, by przeżyć wspólne z tym narodem doświadczenia. Dość spojrzeć na dorastające już dziś dzieci Wietnamczyków, którzy przybyli do Polski w poprzednim pokoleniu, pewnie gdzieś na początku XXI wieku. Ich rodzice tworzą zamknięte enklawy i rzadko nawet mówią po polsku – dzieci są już natomiast stuprocentowymi Polakami, tyle że o skośnych oczach i kruczoczarnych włosach.

Tego właśnie faktu nie chcą dopuścić do swojej świadomości twardzi nacjonaliści. W 1938 roku w warszawskim kościele św. Jacka pobito księdza Tadeusza Pudra, kiedy okazało się, że jest pochodzenia żydowskiego. Nie miało znaczenia, że był nie tylko całkowicie – prawdopodobnie od dziecka – zasymilowany, ale też wyświęcony na kapłana kościoła katolickiego. Z jakiego powodu dumni Polacy – zapewne znacznie gorzej wykształceni, a już z pewnością mniej religijni – uznali go za istotę gorszą?

„Duma, czy poczucie wyższości łączy się często z przekonaniem o specjalnej misji dziejowej, pełnionej przez własny naród wobec Boga czy ludzkości: szczególnie jaskrawo wystąpiło to w mesjanizmie żydowskim Starego Testamentu i w polskim mesjanizmie XIX wieku, ale nie brakowało też tego przekonania ani angielskim zdobywcom kolonii, ani niemieckim szowinistom z okresu II Cesarstwa czy III Rzeszy” – pisał w „Świcie narodów europejski” wybitny mediewista, Benedykt Zientara.

Karykatura drużyny

Narodowcy uwielbiają odwoływać się do historii. Z dumą piszą o Bolesławie Chrobrym, który potrafił pogonić i Niemców i Rosjan. Uwielbiają Jagiellonów, którzy rozciągnęli swoje panowanie na pół Europy. Zaczytani w Sienkiewiczu marzą o „wspaniałych” triumfach polskiego oręża, kultowej w tym środowisku husarii, w licznych wojnach XVII wieku. Nie wdając się w dyskusję o tym, że Jagiellonowie zawsze czuli się raczej Litwinami niż Polakami, a do udziału w siedemnastowiecznych bitwach dumną polską szlachtę, panujący wówczas, cudzoziemscy królowie musieli przekupywać kolejnymi przywilejami – warto zauważyć, że w tamtych czasach nie istniało jeszcze w ogóle pojęcie narodu.

Historycy powszechnie przyjmują, że o narodzie można mówić dopiero, gdy świadomość narodowa dotarła do wszystkich mieszkańców danego kraju. Najwcześniej nastąpiło do w Anglii w czasach rewolucji przemysłowej i później we Francji, podczas Wielkie Rewolucji. W większości innych krajów europejskich następowało to dopiero z biegiem XIX wieku, w Polsce zaś, podzielonej na trzy zabory, następowało w ogóle specyficznie – odmiennie dla każdego z nich. Romantyczne, rycerskie czasy, do których tak lubią się narodowcy odwoływać, nie różniły się pod tym względem specjalnie od czasów plemiennych, kiedy „naród” oznaczał w zasadzie księcia i jego drużynę.

Chłop spod Kalisza czy Płocka, nie był Polakiem, lecz poddanym lokalnego możnowładcy i za takiego się uważał. Mieszczanin Sandomierza, czy Ciechanowa również – ich „narodowością” były ich miasta. Dość wspomnieć o zapomnianych wojnach Małopolski z Wielkopolską, czy o tym, że Mazowsze weszło w skład korony dopiero w XVI wieku. To, że w XVII i XVIII wieku za „naród” uważała się praktycznie cała polska szlachta, nie zmienia faktu, że „narodem” było w tej sytuacji zaledwie 8 procent mieszkańców tych ziem. Formalnie szlachta była po prostu karykaturalnie rozrośniętą książęcą drużyną z okresu wcześniejszego średniowiecza.

Romantyzm kopca termitów

Tak naprawdę polski nacjonalizm powstał dopiero pod koniec XIX wieku i nie było w tym wówczas nic, czym należałoby się dziś chwalić. Działalnością patriotyczną zajmowali się bowiem wówczas socjaliści, których bojówki walczyły z bronią w ręku z policją państw zaborczych, wysuwając postulaty nie tylko socjalne, ale i narodowowyzwoleńcze. Przeciwnicy socjalizmu pod tym wpływem sformowali własne bojówki, które jednak walczyły nie o Polskę, lecz współpracując z Rosjanami, strzelały do polskich socjalistów. Wyjątkowo tragiczne i mocno kompromitujące narodowców zdarzenie miało miejsce w 1907 w Łodzi, kiedy doszło do wznieconych przez nich kilkudniowych walk bratobójczych.

W tamtym czasie ideologia narodowców nie była jeszcze uformowana – byli po prostu przeciwnikami socjalistów. Ich najsłynniejszy przywódca i teoretyk, Roman Dmowski nie miał jeszcze swojej prawicowej wizji państwa. Wiele wskazuje na to, że chciał po prostu powrotu do czasów przedrozbiorowych – elitarnych rządów arystokracji, choćby i pod władzą Cara, byle tylko wywalczyć pewną autonomię. Był kompletnie oderwany od życia. Nie zauważał, że w ciągu stu lat zaborów świat zmienił się radykalnie. Wtedy mężczyźni nosili pudrowane peruki i walczyli szablami, teraz ubierali się w marynarki i strzelali z szybkostrzelnych rewolwerów. Wtedy jeżdżono karetami – teraz były już samochody. Wtedy w ogóle nie było takiego zjawiska jak robotnik – teraz była to największa i stale rozrastająca się grupa społeczna, która także chciała mieć jakiekolwiek prawa.

I większość dzisiejszych narodowców należałby wówczas do tej właśnie grupy, bo chyba żaden z nich nie ma w sobie arystokratycznej krwi. Tymczasem pierwotna wizja nacjonalistyczna zakładała powrót do czasów feudalnych – z królami, dworami i magnackimi przywilejami oraz resztą społeczeństwa pozbawioną praw i pełniącą rolę służebną. Jeszcze w dwudziestoleciu, ktoś taką wizję określił „romantyzmem kopca termitów”.

Metafizyka czy polityka?

Tak naprawdę ideologia polskich narodowców, taka mniej więcej, jaką znamy dziś, ukształtowała się dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, a tak naprawdę kształtowała dalej pod wpływem wydarzeń czysto politycznych. Początkowo np. nie było w niej w ogóle miejsca dla Boga, a kościół traktowano w najlepszym wypadku jako użyteczne narzędzie państwa. Dmowski był zresztą religijnie obojętny. Zmiana i to od razu radykalna, nastąpiła z biegiem lat 20., kiedy badania wykazały, że młode pokolenie jest bardziej religijne niż poprzednie, aby więc je pozyskać, wprowadzono do programu oparcie się o wartości katolickie. To nie metafizyka, czy nagłe nawrócenie – była to cyniczna i wyrachowana polityka. Początkowo nie było też miejsca na ksenofobię – mniejszości zasadniczo tolerowano, byle nie szkodziły państwu. W 1926 roku, po klęsce jaką był dla Dmowskiego zamach majowy Józefa Piłsudskiego, antysemityzm stawał się centralnym punktem programu, by wybuchnąć szeregiem pogromów na początku lat 30. Jak pisał współczesny mu austriacki polityk, Richard Coudenhove-Kalergi:

„Antysemityzm Dmowskiego, wpisany w program i taktykę Narodowej Demokracji, nie miał nic wspólnego z emocjonalnym antysemityzmem >Roli< (czasopismo Jana Jeleńskiego, założone 1883 roku – przyp. aut.). On go stosował nie ulegając emocjom. Budując teorię >narodu stanu wyjątkowego<, jako spoidła używał nienawiści. Jej ukierunkowanie zapewniało bezpieczeństwo i bezkarność. To >na Żydach< próbował umocnić polską świadomość i w dużej mierze odniósł sukces”.

I tak właśnie narodził się współczesny, polski model patriotyzmu. Klaustrofobiczny i ksenofobiczny. Traktujący jako najgłębsze ideę coś, co było tylko polityczną rozgrywką Dmowskiego, obliczoną na pozyskanie członków swojej partii. A że po II wojnie światowej, a tym bardziej po roku 1968 w tej części Europy niemal nie ma już Żydów? To nie problem. Jeśli zabraknie wroga, zawsze można go po prostu wymyślić. Bez wroga, polska wersja patriotyzmu traci sens.

Wojciech Lada

Polecane

https://ukorzeni.pl/ciekawostki/jan-baranowski-polak-ktory-ocalil-francje-przed-bankructwem/

Nasza grupa społecznościowa

https://www.facebook.com/groups/549146312603349/

O co my się bijemy skoro do dziś nikt jednoznacznie nie ustalił czym jest naród.


Podobne artykuły

Świadomość

17.11.20
Czy chcecie dać swojemu dziecku ten kraj?

Spolaryzowana i sterroryzowana wszystkim tym, co wydobywa się z ust polityków, Polska wydaje się niedobrym miejscem do życia. Zwłaszcza dla młodych, których wtłacza się bez mrugnięcia okiem w kaftan niebezpieczeństwa,…

Świadomość

02.10.20
Fourier: Falanstery, czyli szalona wizja świata szczęśliwego

Charles Fourier żył na przełomie XVIII i XIX wieku, ale jego umysł należał już do końca wieku XX. Stworzył pojęcie feminizmu, optował za pełnym równouprawnieniem wszystkich ludzi. Stworzył też projekt…

Świadomość

02.10.20
Sztuka wojny SUN TZU. Zasady i podłoże psychologiczne

– Love Is A Battlefield – śpiewała w latach 80. Pat Benatar. Piosenka ta stała się, obok wielkich przebojów Madonny „Like A Virgin” i „Material Girl”, hymnem młodych wyzwolonych kobiet…

Świadomość

01.10.20
„Erystyka” filozofa Artura Schopenhauera, czyli krótka rozprawa

Każdy uczciwy pisarz, scenarzysta i reżyser musi przyznać, że nie byłoby jego powieści, serialu czy filmu bez napisanej ok. 335 roku p.n.e. „Poetyki” Arystotelesa. Każdy uczciwy, praktykujący na sali sądowej…