Po pierwsze działaj, po drugie – kombinuj. Trochę o hip-hopie

Hip-hop! Po pierwsze działaj, po drugie - kombinuj. Marcin Flint: Trochę o hip-hopie

Muzyka, kultura, styl życia i świadomość – tym wszystkim jest hip-hop. To wiele szans, mnóstwo dróg, ogrom pracy. I gra na swoich warunkach

Pierwsze skojarzenia z latami 90. w Polsce? Grunge ze swoim flanelami. Kasety disco polo na rozkładanych stolikach. Pliki dyskietek z grami komputerowymi. Seriale i filmy dość rozpaczliwie goniące za amerykańską popkulturą. I oczywiście hip-hop – chciałem napisać, że jak ten pierścień u Tolkiena, rządzący nimi wszystkimi, ale potem się z tego wycofałem, bo to by mogło zabrzmieć kompleksiarsko. Coś w tym jednak jest. Trochę z tego powodu, że hip-hop ma skrajnie rozwinięty poziom meta, wszystko wchłonie i przetworzy, na przestrzeni lat inspirowała go i Nirvana, i remizowe potupywanie, zaś z gier i kung-fu na VHS-ach umiał uczynić mitologię. Hip-hop był muzyką, kulturą, stylem życia i… świadomością. To dlatego dzisiejsze pokolenie 40-latków umie dostać piany na ustach patrząc na nastoletnią rapową błazenadę. Dla nich to jak nie umieć się zachować w kościele. A że sami nie byli kiedyś lepsi? Z czasem wszystko obrasta – i w tłuszcz, jak u Hołdysa, i w powagę bądź sens, których wcale mogło nie być.

Polski hip-hop miał to nieszczęście, że był (i jest) socjologizowany. Widzi się w nim głos buntu wobec dzikiego kapitalizmu. Postrzega jako udany rajd pokrzywdzonych bądź przynajmniej nieuprzywilejowanych na kulturę. Parę takich przypadków by się znalazło (chyba zresztą nie ma tezy, której hip-hop przy swoim bogactwie nie potwierdzi), ale doszło do wielu nieporozumień. Bezrobocie mogło być paskudne, miasta szare, jednak Polska miała (ma?) swoje powszechne, bezpłatne szkolnictwo na dobrym poziomie, względnie jednolitą strukturę etniczną i religijną, a sport bądź rap nie były jedyną drogą wyrwania się z getta – tu nie ma prostej, ani nawet złożonej analogii z czarną i latynoską Ameryką. Tadeusz Nalepa to nie George Clinton, Ursynów to nie getto, mafia pruszkowska i wołomińska to nie gangi zza oceanu, organizacje przestępcze, jednak ze swoją rolą kulturotwórczą, czasem wręcz quasi-oświatową.

Hip-hop jest egalitarny, choć bez przesady, to, że nie trzeba było sali prób i instrumentu, nie znaczy, że był dla każdego. Kiedyś kolega z komputerem, kolega z kablówką to był mimo wszystko luksus. A gdzieś trzeba to było przecież podpatrzeć, na czymś muzykę zrobić. Ktoś musiał mieć słuch, ktoś inny dryg do słów i spory ich zasób, no niestety, bycie niezłym z tego przebrzydłego „poldona” tylko pomagało. Trzeba było trochę talentu, dużo czasu i determinacji, nawet po Warszawie widać, że dzielnice najbiedniejsze były najmniej hiphopowo płodne, jakby zajęte tym, żeby przeżyć. Nikt chyba nie miał też wątpliwości, że Tede czy Vienio z Warszawy, Tymon z Wrocławia, Gural z Poznania, Abradab z Katowic, Łona ze Szczecina by bez tego rapu nie mieli dobrego życiowego startu. Zresztą dzięki temu, że hip-hop nie był wyłącznie „atakiem slumsów”, a może nawet przede wszystkim nie był, połączył skrajnie różnych ludzi. Tych dla których antysystemowe darcie ryja po garażach było już pieśnią przeszłości, a chcieli się buntować, wrażliwców mogących pobawić poezją bez tego piętna szkolnego obciachu i królów zamieszania, eksperymentatorów pragnących pobawić się każdą nową kulturalną zabawką na rynku. Ktoś zwracał na siebie uwagę, ktoś oznaczał teren, ktoś się leczył i oczyszczał.

Lata 90. to był czas, gdzie bycie wyłącznie widzem, biernym uczestnikiem wydawało się obciachowe, tak jakby aktywność była sposobem wkupienia się do społeczności. Jak tak o tym pomyślę, to absolutna większość znajomych słuchających rapu próbowało swoich sił za mikrofonem, czego pamiątką są szuflady wstydu (albo przynajmniej zakłopotania) u osób będących dziś znanymi dziennikarzami, cenionymi copywriterami, wydawcami, ludźmi biznesu. Jednym zostały pliki i notatki, innym uwalane farbą ciuchy, blizny, czy odnawiające się kontuzje, bo przecież hip-hop to były cztery elementy: breakdance, graffiti, dj’ing i rap czy jak kto woli emceeing, gdyż raper to emce, mistrz ceremonii. Ci najgorliwsi, jak np. DJ Spike (2CW, Siła Dźwięq, Break Da Funk), próbowali wszystkich.

I właśnie w aktywności widzę tę największą wartość. Owszem, hip-hop miał wiele więcej pozamuzycznych zasług. Pomógł w rozprawie z heroiną (znaczek PHP – Przeciw Helenie Pakt – na płytach i wiele utworów wymierzonych w narkotyk, z „Aluminium” Warszafskiego Deszczu na czele), leczył z rasizmu jak nic innego (owszem, ten rasizm potem rykoszetem wrócił, ale to już na fali ludzi bez kontaktu z afroamerykańską macierzą i w czasach, gdy bit można sobie po prostu kupić od jednego z dziesiątek producentów, a wokal najzwyczajniej w świecie nagrać w jednym z dziesiątek studiów). Jednak to fuzja rozpierającej do działania energii i kreatywności była kluczowa.

Nic bardziej hiphopowego niż niekończący się freestyle do słuchawki telefonicznej na antenie audycji puszczającej bity (tak było u Bogny Świątkowskiej i Aśki Tyszkiewicz). Niż spontaniczna nawijka do odzywającej się zza okna syreny i podchwytujący to za perkusją kolega (to wspomnienie Trials-X z łamów CGM). Niż didżej, który „własnoręcznie, za pomocą deski i przylutowanych kabli stworzył przełącznik na wzór działania crossfadera”, by mógł skreczować na drewnianym gramofonie marki Adam (wspomniany wcześniej DJ Spike, anegdotę opowiadał Wigor na potrzeby „Antologii Polskiego Rapu).

„To prężnie działające festiwale z zagranicznymi gwiazdami, które nie potrzebują Golden Circle i przedsprzedaży biletów na rok przed koncertem. To małe zespoły, które mogą pojechać w europejską trasę tylko za sprawą wzajemnego zaufania, bez agencji koncertowych i bookerów pobierających część wynagrodzenia. To wreszcie wydawnictwa, które tym zespołom umożliwiają spełnianie marzeń, wytłaczając ich płytę na winylu i wkładając w to sporo prywatnych pieniędzy” – pisze w „Noise Magazine” Igor Prusakowski. „Wspomniane już środowisko muzyczne, gastronomiczne, a także dziennikarskie, tatuatorskie czy fotograficzne – wszędzie możesz znaleźć ludzi, którzy gdzieś na swojej drodze zetknęli się z ideologią DIY (Do It Yourself, czyli zrób to sam – przyp.MF) poprzez punk” – dodaje. I „punk” śmiało można zamienić tu na „hip-hop”. A że to, co było logistycznie bliskie staremu punkowi, stało się nowym popem? Nie zawsze i nie wszędzie.

Obecnie obserwujemy kolejny – tak spóźniony, że aż dziwne, że skuteczny – atak majorsów, a więc dużych koncernów fonograficznych na hip-hop. Pasą się na tej muzyce różnorakie agencje – eventowe, koncertowe, reklamowe, PR-owe. Nie sposób nie zauważyć, że choć robi się przez to bezduszna, to przekłada się to na jej rozmach i profesjonalizację. Zawsze jest coś za coś. To już inna muzyka, z tym, że pierwsze skrzypce nadal grają tu media tworzone oddolnie, wydawnictwa pasjonatów bądź samych artystów. Wystarczy fanpage czy konto na Twitterze czy YouTube, żeby być opiniotwórczym. Wystarczy małe wydawnictwo, by mieć słuchaczy i renomę. Można? Nadal, jak w starym numerze Voilta i HHR – „nie wszystko da się kupić, bo nie wszystko ma cenę”. Same pieniądze nie wystarczą.

A co z latami 90.? Słuchacz wymienił się kilka razy, a sporo artystów pozostało. Wielu z powodzeniem działa w nowych realiach, co nie zawsze znaczy, że bez starych zasad. Inni po prostu robią swoje, w myśl hasła Włodiego z Molesty „Po pierwsze nie dla sławy, po drugie nie dla pieniędzy”, które w wypadku wielu weteranów wybrzmiewa teraz prawdziwiej niż kiedykolwiek. To dlaczego w ogóle to robią? Zapytajcie tych, którzy pieczołowicie pielęgnują kwiaty na balkonie i oknie, spędzają wolny czas obsadzają działki. Widocznie tego potrzebują. Robią, bo umieją, widać efekty i bo… trzeba robić, płacić swoją składkę na kulturę. A postronni mogą się cieszyć całą paletą kolorów, jeżeli tylko raczą poświęcić trochę uwagi.

Marcin Flint

Polecane przez nas

https://ukorzeni.pl/muzyka-warta-uwagi-teledyski-koncerty-recenzje/wyksztalciuchy-do-glosnikow-rap-dla-fanow-lony/

Nasza grupa społecznościowa

mhttps://www.facebook.com/groups/514078569199302/


Podobne artykuły

Świadomość

20.07.20
Nie ma wyboru, polityka każe nam wrócić do empatii

Nie dość, że mamy dwie Polski, to mówią dwoma innymi językami. Każda chce byś słuchana, żadna nie chce słuchać. Politycy zmienią się jak zmienimy się my Jesteśmy po kolejnych wyborach,…

Świadomość

14.07.20
Stwórz sobie życie, czyli między magią i technologią

Roboty, cyborgi, sztuczna inteligencja… Wszystko to nie jest wynalazkiem XX wieku. Te żyjące i myślące twory pojawiały się już w wyobraźni starożytnych Samo słowo „robot” w starożytności oczywiście jeszcze nie…

Świadomość

14.07.20
Okultyzm i magia w XIX wieku, czyli sto lat bez boga

W XIX stuleciu chrześcijaństwo przeżywało kryzys. W Europie rozwinął się okultyzm, powszechnie zaczęto wyznawać religie wschodu, do łask powróciły wierzenia pogańskie, modna stała się magia Kościół był w XIX wieku…

Świadomość

25.06.20
Fourier: Falanstery, czyli szalona wizja świata szczęśliwego

Charles Fourier żył na przełomie XVIII i XIX wieku, ale jego umysł należał już do końca wieku XX. Stworzył pojęcie feminizmu, optował za pełnym równouprawnieniem wszystkich ludzi. Stworzył też projekt…