Okultyzm i magia w XIX wieku, czyli sto lat bez boga

Okultyzm i magia w XIX wieku, czyli sto lat bez boga

W XIX stuleciu chrześcijaństwo przeżywało kryzys. W Europie rozwinął się okultyzm, powszechnie zaczęto wyznawać religie wschodu, do łask powróciły wierzenia pogańskie, modna stała się magia

Kościół był w XIX wieku instytucją nieznośnie wręcz archaiczną. Był nią zawsze z natury rzeczy, ale właśnie w tym stuleciu bardzo zmienił się świat. Liczne wynalazki techniczne – telefon, telegraf, silniki – sprawiły, że ludzie zaczęli przemieszczać się i komunikować na nieosiągalne dotąd odległości. Ułatwiło to kontakt z innymi kulturami i inną niż europejska mentalnością. Niesłychanie rozwinęła się wiedza o przyrodzie, co w połowie stulecia zaowocowało teorią ewolucji Karola Darwina, która zadała nauce kościoła cios silniejszy niż jakiekolwiek wcześniejsze herezje. Człowiek uświadomił sobie, że nie jest niczym więcej niż częścią natury, co dodatkowo podsyciły masowe zsyłki na Syberię i kontakt z tamtejszymi, tak właśnie postrzegającymi świat plemionami. Ktoś, kto z Syberii wracał, bardzo rzadko pozostawał praktykującym chrześcijaninem, a fascynacja szamanizmem była wówczas powszechna. Najwięcej jednak stracił kościół z powodów politycznych.

Wbrew obiegowej, podkreślanej przez nurty prawicowe opinii, nie tylko Polska była wówczas pod zaborami. Prawie cała Europa była rządzona przez trzy zaledwie dynastie: Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów, do czego dochodziła okupacja południa kontynentu przez Imperium Osmańskie. Pod zaborami znajdowały się więc praktycznie wszystkie mniejsze narody Europy i wszystkie, podobnie jak Polacy, właśnie wtedy bardzo zapragnęły wybić się na niepodległość. Wiek XIX to wiek niemal nieustających spisków, rewolucji i zamachów, których polskie powstania były tylko jednym z elementów. Wszędzie wrzał antymonarchiczny ferment i tworzyła się współczesna demokracja. Kościół tymczasem twardo pozostawał tym, czym zresztą jest do dziś – feudalną monarchią. Nic też dziwnego, że wspierał swoim autorytetem inne monarchie, występują otwarcie przeciwko wszelkim ruchom narodowo-wyzwoleńczym i rewolucyjnym. Wszystkie polskie powstania zostały przez hierarchów potępione. W takiej sytuacji odwrót europejskich społeczeństw od kościoła i chrześcijaństwa był oczywisty, naturalny i powszechny.

Pogaństwo Romantyzmu

Pogaństwo Romantyzmu

Chyba z największą siła objawiło się to na ziemiach niemieckich, a więc także na sporej części nieistniejącej wówczas Polski. Poszukujący wówczas swojej tożsamości Niemcy zwrócili się otwarcie w kierunku pradawnych wierzeń przedchrześcijańskich. Mieli do czego sięgać bo mitologia germańska jest przecież przebogata i niezwykle rozbudowana. „Jestem poganinem i jestem z tego dumny” – mówił generał Erich Ludendorff, dodając zaraz, że Niemcy są w tym momencie „ludem, który najbardziej odłączył się od chrześcijańskiej nauki”. Ludendorff nie był byle kim, bo podczas I wojny światowej był głównodowodzącym niemieckich sił zbrojnych. Skoro więc postawy takie szerzyły się nawet wśród arystokracji, nie jest dziwne, że przenikały także do niższych warstw. To wtedy starogermańskiego ducha wskrzeszały dzieła Ryszarda Wagnera, a bracia Grimm ruszyli na prowincję, by z zasłyszanych po wioskach starych historii stworzyć swoje słynne baśnie – bardzo przecież pogańskie.

Zresztą bardzo pogański był cały nurt Romantyzmu. Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy sięgnąć po wciąż uważane za skarb polskiej kultury narodowej „Dziady” Adama Mickiewicza, czy „Balladynę” Juliusza Słowackiego by odnaleźć tam fascynację dziwotworami przedchrześcijańskiej wyobraźni. Choć pierwszeństwo trzeba w tym względzie oddać jednak poezji Williama Blake’a – nawiasem mówiąc wciąż robiącej niezwykłe wrażenie. Blake był Anglikiem i właśnie w Anglii podobnie jak w Niemczech rozwinął się wówczas okultyzm, zainteresowanie demonologią i wierzeniami pohańskimi. „Romantyzm pozwolił odrodzić się idei czarownictwa w Anglii w takim samym stopniu jak w Niemczech. W 1830 roku sir Walter Scott opublikował swoje >Letters on Demonology and Witchcraft< co, zważywszy na popularność i prestiż Scotta, odniosło wielki skutek w odrodzeniu zainteresowania czarownictwem” – zauważał Jeffrey B. Russel.

Panteiści i jogini

Paradoksalnie brzmi to, że im bardziej wykształcone społeczeństwo, tym łatwiej się spoganizowało. Dlatego właśnie procesy te przybrały większych zasięg na zachodzie kontynentu niż np. wśród mocno zacofanych wieśniaków Rosji czy wcielonej do Rosji części Polski. Ale też wschodnia wieś nie musiała się spoganizować, bo nigdy tak naprawdę nie została schrystianizowana i wiara w strzygi, demony i inne duchy przetrwała tam w najlepsze do połowy XX wieku, co najwyżej powierzchownie łącząc się z chrześcijaństwem. Nie mniej i w Polsce odejście od kościoła było masowe. „Zachwiałem się w wierze zupełnie. Zwróciłem się do nauk przyrodniczych, jak nakazywał to pozytywizm i zostałem panteistą. Po licznych sporach z kolegami doszedłem samoistnie do wniosku, że nie ma ani piekła, ani nieba. Bóg jest wszędzie, w każdym ździebełku trawy, robaczku, motylu, ptaszku, kamieniu” – przyznawał Wacław Sieroszewski, który skonfrontował te refleksje spędzając dwanaście lat w Jakucji, do której zesłał go carat. Sieroszewski poznał od podszewki szamanistyczną kulturę Jakutów, opisał ją i bardzo przyczynił się tym do rozbudzenia nią fascynacji zarówno w Polsce jak i w Rosji. A takich jak on – zesłańców, etnografów – były wówczas tysiące.

Jak wspomniał – był pozytywistą. To po Romantyzmie kolejny z XIX wiecznych, mocno antykościelnych nurtów. Już nie tak mistyczny, ale za to mocno podparty naukami przyrodniczymi, które przeżywały wówczas ogromny boom badawczy. A praktycznie każde z tych badań – czy to geologicznych, czy botanicznych, czy etnograficznych – ukazywała rażące niekonsekwencje w narracji znanej z Biblii i oficjalnie wykładanej w katolickich szkołach. Nic też dziwnego, że w kręgach tych badaczy zapanował niemal pełny ateizm i wyraźna fascynacja wierzeniami plemion pierwotnych, albo – choć to pod koniec stulecia – zachłyśnięcie się buddyzmem i innymi religiami wschodu. Najlepszym tego przykładem może być jeden z największych religioznawców Rudolf Otto, który – choć był teologiem protestanckim – sporą część swoich poświęcił na udowadnianie wspólnego źródła mistyki Wschodu i Zachodu, wykazując w ten sposób spójność ludzkiego doświadczenia religijnego, a więc tym samym osłabiając pozycję kościoła, roszczącego sobie prawo do wyłączności w tej kwestii. Różnili się pod wieloma względami, ale jego fascynację Wschodem podzielał później kolejny z wielkich – Mircea Eliade, przybliżając Europie nie tylko szamanizm, ale też np. jogę.

Duchowość horrorów

Nie wszyscy oczywiście sięgali tak głęboko i szli tak daleko w swoich poszukiwaniach. Większość po prostu bezrefleksyjnie odwróciła się od kościoła i zadowoliła namiastką duchowego życia, jaką dawały masowo wówczas organizowane seanse spirytystyczne, tarot, wróżbiarstwo, czy… lektura horrorów. Dziś traktuje się je niepoważnie, jako dość tandetny element popkultury. Pierwotnie jednak, w XIX wieku, opowieści z dreszczykiem były właśnie substytutem wiary, zaspokajały potrzebę potwierdzenia, że istnieje też inny świat. A popularność pisarzy tak genialnych jak Edgar Alan Poe, czy tak dziwnych jak H.P. Lovecraft dowodzi, że potrzeba ta była wówczas powszechna. Jest dość zabawne, że niechęć do kościoła była w XIX wieku tak duża, że nawet największa nacjonalistyczna partia przełomu XIX i XX wieku, Endecja, której rolę w podtrzymaniu katolicko-patriotycznej tradycji nieustannie się dziś podkreśla, była pierwotnie bardzo antychrześcijańska – za Boga uznając Naród, a kościołowi przyznając rolę co najwyżej służebną wobec niego. „Nas Polaków z katolicyzmem – i to koniecznie z katolicyzmem rzymskim, z Rzymem papieskim łączy nie tylko interes religijny, ale przede wszystkim interes polityczny” – przyznawał cynicznie, ale uczciwie jeden z ojców chrzestnych Endecji, Jan Ludwik Popławski.

Sytuacja ta zaczęła się zmieniać po zakończeniu I wojny światowej, kiedy upadły wielonarodowe imperia i ukształtowała się mniej więcej dzisiejsza mapa Europy. Z jakiegoś powodu, mniej więcej w okolicach roku 1927 nastąpił wyraźny renesans chrześcijaństwa, choć trudno wytłumaczyć konkretnie tego przyczyny. Historyk Bogumił Grott przytaczał dwie ankiety, przeprowadzane w 1914 i 1927 roku wśród studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, a więc w grupie społecznej tradycyjnie najbardziej zlaicyzowanej. W pierwszej ateizm deklarowało 77 %, ankietowanych, w drugiej zaś – trzynaście lat później – 85 % określiło się już jako ludzie wierzący. I tak wyglądało to w całej Europie.

Z jakiegoś powodu w 1927 skończył się wiek XIX. Ale chrześcijaństwo nigdy tak do końca nie odzyskało wpływu na umysły. Kolejny kryzys zacznie się już po czterdziestu latach, wraz z rewolucją hipisowską i trwa w zasadzie do dziś.

Wojciech Lada

Polecane przez nas

https://ukorzeni.pl/swiadomosc/czy-psychiatrzy-sa-chorzy-psychicznie/

Nasza grupa społecznościowa

https://www.facebook.com/groups/549146312603349/


Podobne artykuły

Świadomość

17.11.20
Zrób sobie wroga, czyli nadwiślański patriotyzm

Ktoś kto postanowił zostać narodowcem, ma twardy orzech do zgryzienia. Jak dotąd nikt bowiem jednoznacznie nie zdefiniował, czym właściwie jest naród. Zgoda panuje co do jednego. Naród jest pewną grupą…

Świadomość

17.11.20
Czy chcecie dać swojemu dziecku ten kraj?

Spolaryzowana i sterroryzowana wszystkim tym, co wydobywa się z ust polityków, Polska wydaje się niedobrym miejscem do życia. Zwłaszcza dla młodych, których wtłacza się bez mrugnięcia okiem w kaftan niebezpieczeństwa,…

Świadomość

02.10.20
Fourier: Falanstery, czyli szalona wizja świata szczęśliwego

Charles Fourier żył na przełomie XVIII i XIX wieku, ale jego umysł należał już do końca wieku XX. Stworzył pojęcie feminizmu, optował za pełnym równouprawnieniem wszystkich ludzi. Stworzył też projekt…

Świadomość

02.10.20
Sztuka wojny SUN TZU. Zasady i podłoże psychologiczne

– Love Is A Battlefield – śpiewała w latach 80. Pat Benatar. Piosenka ta stała się, obok wielkich przebojów Madonny „Like A Virgin” i „Material Girl”, hymnem młodych wyzwolonych kobiet…