Wojciech Lada: Terroryści, demony i pieczony seler

Wojciech Lada: Terroryści, bandyci i pieczony seler

 

Wojciech Lada ma wiele twarzy. To doświadczony dziennikarz, kontrowersyjny historyk, a także zapalony kucharz, cyklista i feminista. Można z nim skoczyć od Sybiraków do Kuby Wojewódzkiego, od Josepha Conrada po black metal. No to skaczemy!

 

Z niejednego pieca chleb jadłeś, ale rozmowę z Tobą trzeba zacząć od historii. To jej dotyczą twoje publikacje książkowe i to ją – z czego wielu krytyków nie zdaje sobie sprawy – studiowałeś.

Wojciech Lada: – Skończyłem historię, ale w książkach i pod artykułami staram się przedstawiać głównie jako dziennikarz. To nim się czuję, moje publikacje nie mają charakteru naukowego, choć zwykle są to teksty źródłowe, a ja stosuję krytykę źródła. Przedstawiam jednak w sposób reportażowy. Ktoś użył niedawno w tym kontekście staroszkolnego słowa „gawęda”. Mi chodzi o opowieść z podbiciem wykształcenia historycznego.

Co musi temat w sobie mieć, by być cię w stanie zainteresować?

Być nieoczywisty, nieoklepany. Zwykle ludzie kończąc szkoły mają świadomość, że było powstanie styczniowe, potem pierwsza wojna światowa i legiony, a między nimi jest dziura. Nie było żadnej dziury, w 1905 roku wybuchła rewolucja, przez dziesięć lat zamachy terrorystyczne były codziennością. Pisząc swoją pierwszą książkę o polskich terrorystach, starałem się przypomnieć o tym, co pamiętają tylko fachowcy.

 

Wojciech Lada

 

Polujesz na kontrowersje?

W żadnym wypadku. Faktycznie, wyszło tak, że dwie pierwsze książki – „Polscy terroryści” i „Bandyci z Armii Krajowej” – są kontrowersyjne, co widać nawet po tytułach. Natomiast trzecia, „Pożytki z katorgi”, jest już opowieścią pozytywną , myślę, że wręcz lekką. Traktuje o sukcesach Polaków zesłanych na Syberię. Sam fakt zesłania był tragiczny, przyniósł jednak wiele korzyści w postaci odkryć geograficznych, etnograficznych czy geologicznych.

A najtrudniejsze w pisaniu na tematy historyczne jest…?

Pisanie. Przyjemnością jest sam proces przygotowania się, bo codzienne uczenie się, zgłębianie nowej wiedzy uważam za największy zysk mojego życia. Ale pisanie jest bólem. Wiesz najlepiej, że lepiej posłuchać płyty, niż ją później opisywać. A to, że muzyka gra, a ty w myślach konstruujesz recenzję to prawdziwa choroba zawodowa. Tylko artykuł to artykuł, piszesz go krótko. Nad książką ślęczysz miesiącami. Czytasz kilkadziesiąt innych książek, setki artykułów i dochodzisz do wniosku, że cholera, po co ja się tym zajmuję, skoro już wszystko zostało powiedziane. Z tym, że to tobie się tak wydaje, wychodzi zaś na to, że publikacji naukowych nikt nie czyta. Wartością dodaną mojej pracy jest to, że lekkim, przystępnym językiem przedstawiam wiedzę dla większości nieosiągalną.

Czujesz wzmożone zainteresowanie historią w dzisiejszych czasach?

Tak, choć w sposób negatywny, podsyconą przez narrację patriotyczno-prawicową, tylko pod tym kątem rozpatrywaną. Heroiczna historia i to Polski, a nie świata. Oczywiście nasza historia ma dziesięciokrotnie więcej wymiarów niż tylko ten patriotyczny. Z tym, że zainteresowaniem cieszą się żołnierze wyklęci, druga wojna światowa, powstanie warszawskie. Tacy czytelnicy tak naprawdę nie interesują się historią, bo nie zgłębiają na przykład rodzimego średniowiecza, renesansu, badań naukowych. Duży błąd, w jakimś stopniu naprawiany przez miesięczniki historyczne, które starają się pokazać każdą perspektywę.

Odbiorca opiera się, kiedy tylko historia nie jest wybielana?

Tak, wystarczy tylko poczytać komentarze pod moimi tekstami. Pocieszające jest to, że choć hejterzy ze strony konserwatywnej, prawicowej, są najaktywniejsi, to druga strona też dobija. Hejtuje hejterów, co cieszy.

I te permanentne przepychanki, nieustanne bulgotanie pod kotłem to dobra rzecz?

Dla mnie tak. Natomiast warto, już tak historycznie patrząc, że podział polski, wspomniane nieustanne bulgotanie, to nie jest wymysł ostatnich kilku czy kilkunastu lat. To sięga mniej więcej rozbiorów. Czytając choćby wspomnienia i relacje osób zesłanych na Sybir albo z wielkiej emigracji paryskiej, widać, że oni się wszyscy tłukli o politykę. Jedni byli na prawo, drudzy na lewo. Plagą wspomnianej emigracji były pojedynki na tle światopoglądowym. Nikt nie musiał do nas strzelać, byliśmy pod tym względem samowystarczalni. To ciągnie się do dziś, może z wyłączeniem okresu komuny, który ujednolicił, „uszarzył” całą polską mentalność. Dziś obserwujemy po prostu nawrót uśpionej choroby towarzyszącej nam od lat 90. XVIII wieku.

W trakcie pisania odczuwasz na własnej skórze walkę historyka z dziennikarzem?

Nie. Jedno drugie wspomaga. Przedstawiam się jako dziennikarz również dlatego, że nie umiałbym już napisać artykułu naukowego. Siłą rzeczy konstruuję tekst tak, żeby zainteresować, napisać chwytliwy lead, wstawić barwne cytaty, wręcz tabloidowo ubarwić narrację seksem. Opowiadam historię, a nie analizuję przeszłość.

Masz wrażenie, że grzebiąc w tym co było komentujesz obecną rzeczywistość?

Staram się tego nie robić. Omijam politykę, staram się unikać newsów, docierają do mnie powiedzmy, że z trzecich ust. Trochę jest to wynikiem pracy w różnego rodzaju redakcjach, gdzie siłą rzeczy kontakt z polityką był codzienny. Będąc wolnym strzelcem, poza centrum wydarzeń, pisząc własne teksty, odciąłem się od tego.

 

Wojciech Lada podpisuje książkę

 

Brakuje ci szumu, ciśnienia, adrenaliny związanej z redakcyjną codziennością? Sporo czasu spędziłeś przecież w dzienniku.

Odnajduję się. Brakuje mi sytuacji towarzyskich, wychodzenia na papierosa przed redakcję, a nawet hałasu mistrzostw świata oglądanych przez dział sportowy w boksie obok. Siłą rzeczy ludzi widuję mniej, ale biblioteka, archiwum i laptop spokojnie mi wystarczają.

A miewasz poczucie, że dla odmiany napisałbyś chętnie książkę poświęconą muzykom i muzyce? Od tego przecież zaczynałeś przygodę z dziennikarstwem i pasji ci w tym nie brakowało.

Miałem dwa szalone pomysły i znowu wygrał historyk. Ten pierwszy dotyczył największych melanżowników wśród gwiazd polskiego rocka lat 80. Na razie go nie rozwinąłem. Drugi to rockmani z dekady tamtej i wcześniejszych przez pryzmat źródeł IPN-owskich. Wątku również nie ruszyłem, a byłby pół na pół. O muzyce tak obszernie pisać nie zamierzam, natomiast uderzyć w świat popkultury już jak najbardziej.

O co konkretnie chodzi?

O komiks. Będzie historyczny, ale to inne medium, dla mnie zupełnie nowe środowisko i nowa forma pracy. Nigdy nie pisałem żadnej prozy, a tu muszę stać się autorem opowiadania. Muszę przyznać, że to mnie w tej chwili zajmuje najbardziej.

I co? Jakaś mała blokada? Trochę tremy?

Przeciwnie, sympatyczny dreszczyk! Ja to chcę robić! Muszę skończyć tylko parę fuch, które mam do ogarnięcia, natomiast mam poczucie, że mam ochotę usiąść i tym właśnie się zająć. Komiksem, nie książką historyczną, nie artykułami. Cieszę się jak dzieciak.

Ciekawe jest to, że przed chwilą mówiliśmy o książkach muzycznych, które mógłbyś napisać i były zakorzenione w przeszłości. Ale ty jesteś daleki od kombatanctwa i „kiedyś to było”, w muzyce szukasz świeżości.

Nieprzerwanie chodzę na koncerty. Jestem zachwycony tym, co się dzieje na scenie elektronicznej, metalowej – metal jest dziś absolutnie zachwycający! – muzyki improwizowanej, jazzu. Rzeczywiście staram się być na bieżąco. O popie nie mówię, pop jest słaby, w Polsce wręcz wyjątkowo. W moim pojęciu te niezależne gatunki muzyczne przeżywają renesans. Ludzie urodzeni w latach 90. są o wiele bardziej twórczy niż ich o dekadę starsi koledzy. Do kombatanctwa mi daleko, słuchanie klasycznego rocka jest ponad mnie. Słysząc Led Zeppelin dostaję wysypki.

 

 

Co staje ci przed oczami jak mylisz o własnych dziennikarskich początkach? To recenzje ostrzejszych brzmień, pisane zresztą pod pseudonimem, przyniosły ci renomę. Również z powodu kultowości medium, w którym to robiłeś.

Pseudonim niewiele wtedy zmieniał, wszyscy i tak wiedzieli o kogo chodzi. Stosowałem go z zupełnie innych powodów, nie ukrywałem się. Pisałem w „Brumie”, wspominam to dobrze, choć byłem strasznym dzieciakiem. Bardzo lubiłem nieustanne latanie na koncerty, recenzowanie na bieżąco, melanżowanie z kapelami, jeżdżenie na festiwale, wywiady w innych miastach. Od zawsze rolę reportera w środowisku muzycznym ceniłem bardziej niż tę kanapowego recenzenta. Nie przepadałem za odsłuchiwaniem kolejnych dziesiątków płyt i pisaniem pod deadline. Za to wyjście w teren – jak najbardziej. Przestałem to robić, kiedy straciłem możliwość publikowania takich tekstów. Ale do dziennikarstwa muzycznego ostatnio wróciłem. Odkrywanie nowych brzmień, koncentryczne kręgi skojarzeń różnych kapel, to absolutnie fantastyczne.

 

Padł „Brum”, muszą zatem paść duże nazwiska takie jak Księżyk czy Wojewódzki. Jeżeli ktoś myśli o wywiadzie rzece z muzykiem, ten pierwszy jest dziś automatycznym skojarzeniem. Z kolei ten drugi to symbol dziennikarza-celebryty. Jacy wtedy byli?

Oj, od razu przypomina mi się Rafał (Księżyk – przyp. red.), który napiwszy się na jakimś festiwalu rozebrał się i zjeżdżał w nocy do basenu. To było dawno, ale i znamy się od dawna. Rafał studiował z moim starszym bratem, współpracowaliśmy z „Brumem” wspólnie. Był najbystrzejszy, najlepiej wykształcony, pisał też najlepiej z nas wszystkich. Umysł analityczny. Ten typ zimnego krytyka muzycznego, który wstaje rano i mówi sobie „dziś poznaję reggae”. Przez następny miesiąc słucha wszystkich płyt z gatunku, jakie powstały na świecie i zapamiętuje je, bo ma fenomenalną pamięć. Po iluś latach takiego życia facet wiedział o muzyce wszystko. I prawdopodobnie zostało mu to do dziś, czego nie potwierdzę, bo mamy rzadki kontakt. Rafał był ortodoksyjny w swoim zainteresowaniu awangardą, eksperymentem, dziwnym i trudnym, Wręcz dziwię się, że w swoich biografiach poszedł jak na siebie komercyjnie – kultowy jazzman Tomasz Stańko, ważny dla sceny yassowej Tymon Tymański, Muniek… Wyszły mu bardzo dobrze.

A Kuba?

Tu kontaktu nie ma od lat, za to wspomnienia – jak najcieplejsze. Wesoły, bardzo inteligentny, dowcipny na tyle, by wszyscy śmiali się zaraz po tym, jak wszedł do redakcji. Oceniać to co robi można różnie, ja nie mam z tym żadnego problemu. Kuba został tym, kim chciał zawsze być – telewizyjnym showmanem, człowiekiem znanym i bogatym, celebrytą. Gratuluję sukcesu.

 

Wojciech Lada i Rafał Księżyk - Brum

 

Wojewódzki jest pod ostrzałem. Ty też wiesz jak to jest, choć w innej skali. Hejt był dla ciebie kiedykolwiek problemem?

Mam taki urok, że potrafię się wyłączyć. Tak jak wspominałem o nieoglądaniu newsów, tak też nie czytam wpisów. Próbowałem to robić, dość szybko przestałem. O hejcie ze mną związanym dowiaduję się od znajomych, od dziewczyny. Nie czytam, nie interesuje mnie to.

Z pewnością równowagę pozwalają ci zachować dwa pedały i dwa koła, które widzę przed sobą.

Dodam jeszcze papierosa, którego właśnie zapaliłem. Tak, jestem maniakalnym rowerzystą, z tych świrów, co to cały rok i całą dobę. Dużo się ruszam, dużo ćwiczę, choć paradoksalnie nigdy nie byłem typem sportowca. Rower wziął się u mnie stąd, że ileś lat temu mieszkałem z dziewczyną, coś się nam porąbało z pracą i nie mieliśmy kasy na wakacje. A że żyliśmy blisko lasu, to ona na to „dawaj rowery”. Skądś je wytrzasnęliśmy, najpewniej po rodzicach i spędziliśmy ten czas przecudownie. Dziewczyny już dawno nie ma, rower został.

A najbardziej epicka trasa rowera, którą poleciłbyś każdemu to…?

Raczej jednej nie wymienię. Najdłuższa była na pewno z Warszawy nad morze. Najlepiej pamiętam tę bliską i prostą – z warszawskiego Mokotowa, przez Puszczę Kampinoską, do Nowego Dworu Mazowieckiego, gdzie przekroczyłem Wisłę, a następnie powrót całą stroną praską. Byłem absolutnie umorusany, ubłocony i zachwycony. To było jakieś 120 kilometrów. Ciekawe trasy można znaleźć tuż pod stolicą, przemieszczając się po niej, mi to nie robi różnicy. Jeżdżę wszędzie i zawsze. Rower to dla mnie turystyka, to życie.

Wsiąkłeś w tę hermetyczną społeczność rowerową, którą śmiało można porównać np. do sekty informatycznej.

Znajomi zapraszają mnie na grupy, ale się w to nie włączam. Rower pozwala mi się zrelaksować, a do tego jeszcze pomyśleć. Wpadam w trans jazdy. Lubię jeździć sam, kiedy to roztrząsam w głowie teksty i książki, ewentualnie na wycieczki z dziewczyną. Na żadne wieloosobowe rajdy się nie łapię i łapać nie zamierzam.

Czyli jazda bez muzyki?

Bez. Wystarczy, że muzyki słucham zawsze, kiedy jestem w pomieszczeniu. Włączam ją natychmiast rano, kiedy robię sobie kawę. Wyłączam dopiero jak wychodzę W terenie nie słucham jej nigdy.

 

 

W kuchni robisz nie tylko kawę…

Gotuję, ale nie jestem kucharzem, nie obczajam przepisów, nie znajdziesz mnie na grupach kulinarnych. Powód jest analogiczny do jazdy rowerem. W którymś momencie, po wyprowadzce z domu rodzinnego, kiedy to nie wiedziałem, co powoduje, że z ochłapu surowego mięsa powstaje kotlet, zacząłem eksperymentować. Eksperyment trwa do dziś, jem zdrowo, przede wszystkim warzywa, dużo podczas przygotowań improwizując. Wegetarianinem nie jestem, mięso się pojawia, choć, żeby oprzeć się na przykładzie, moją ulubioną śniadaniową potrawą jest dobrze przyprawiony, zapieczony plaster selera z duszoną cebulą i serem żółtym.

Z czego gotujący Wojtek jest na razie najbardziej dumny?

Nie wiem. Jedna z dziewczyn chwaliła sobie kulki warzywne, domagała się ich zawsze, kiedy tylko do mnie przychodziła. Zblendowana, wygotowana włoszczyzna połączona z jajkiem i bułką tartą, po czym usmażona. To banał, ale pyszny.

Tematu dziewczyn drążyć nie będę, bez przesady. Zapytam za to, kto spośród pisarzy uchwycił twoim zdaniem w swojej prozie bądź poezji sedno kobiecości.

Przychodzi mi natychmiast do głowy dwóch autorów. Jednym z nich jest Sławomir Mrożek i jego krótkie opowiadanie, zajmuje z dwie, czy może nawet półtorej kartki. Zaczyna się od słów „Dzień dobry, przepraszam…” po czym następuje strumień świadomości osoby pytanej, kobiety, która przez cały ciąg opowiadania analizuję mężczyznę. „Jest przystojny i wysoki. Na pewno spodoba się cioci Zuzi. Jego surdut jest skrojony, ma pieniądze, a więc dobrze zarabia” i tak dalej. W ostatnim zdaniu opowiadania jest znów wypowiedź osoby pytającej: „…która jest teraz godzina?”. Bardzo mnie to poruszyło, a kobiety potwierdziły mi, że tak właśnie myślą.

(śmiech) No to nie mogę doczekać się drugiej pozycji.

Joseph Conrad, opowiadanie niemarynistyczne, raczej rodzinno-społeczne. Jedno zdanie opisujące bohaterkę: „w jej ślicznej główce tłoczyły się tysiące myśli, z których żadna nie była jej”. Taka błyskotliwość potrafi utkwić w pamięci. Muszę przy okazji zaznaczyć, że jestem feministą, bardziej feministycznym niż feministki. Uwielbiam kobiety, mam z nimi jak najlepsze doświadczenia – nie mówię tylko o swoich dziewczynach, ale też koleżankach z pracy i nie z pracy, szefowych. Cenię je. Może po prostu dobrze trafiałem?

Dziennikarsko też nie najgorzej. Co twoim zdaniem jest kluczowe jeśli chodzi o tę profesję ? Dla mnie ciekawość świata.

Wyjąłeś mi to z ust. W moim pojęciu ciężko by było pisać o jakiejkolwiek płycie nie znając atmosfery kulturalnej z lat, w których powstawała. Rap nie powstał w próżni, powstał z czegoś. Punk dokumentował ferment społeczny Wielkiej Brytanii. Nie da się interesować wyłącznie muzyką, trzeba znać jej historię, socjologię, zjawiska polityczne. Jeżeli nie jest się tego ciekawym, to jest szansa na jałowy, pusty i ubogi tekst.

Skoro muzyka nam wypłynęła, to damy jej na koniec prymat nad historią. Pochwal się odkryciami.

Wymienię dwie bardzo niszowe rzeczy. Jedną będzie polski zespół Lonker See. Mistrzostwo zabawy gatunkami, trochę kontynuacja trójmiejskiej sceny improwizowanej, może yassowej, ale jednak ludzie z pokolenia odważniejszego w łączeniu już nie tylko w ramach jazzu, ale też z postmetalem, noisem. „Hamza” to świetnie skonstruowana, zagrana płyta. Wybitna, słucham jej dla przyjemności. Drugie jest fińskie Oranssi Pazuzu i „Mestarin kynsi”, wyraz mojego zachwytu nowoczesnym black metalem. Metal z nurtu pierwotnie obciachowego, dla dzieciaków, stał się awangardowy. Już nie można się z niego śmiać, bo nie brak formacji mogących otwierać występy przed jazzmanami. I nie tylko, bowiem trudno w Oranssi wymienić wszystkie gatunki współżyjące na zasadzie absolutnej symbiozy. O takich odkryciach mógłbym mówić dużo dłużej. Warto sięgać po muzykę nową, świeżą, graną przez najmłodszych.

 

 

Polecane przez nas:

https://ukorzeni.pl/ciekawostki/wielka-matka-epoka-kobiet-epoka-szczescia-i-pokoju/

Nasza grupa społecznościowa

https://www.facebook.com/groups/678418632976461/

 


Podobne artykuły

17.09.20
Antonina Nowacka “Lamunan” i jej kosmos w jawajskiej jaskini

Jest wokalistką uniwersalną i nie daje się zamknąć w żadnych kanonach. Akurat „Lamunan” to wizjonerska płyta, mogąca robić za soundtrack do deprywacji sensorycznej Antonina Nowacka zawsze była trochę z boku.…

13.09.20
Recepta na udane małżeństwo: Związek trwały i szczęśliwy

Dobry, szczęśliwy związek to drużyna doskonała. Jeśli kobieta motywuje i docenia męża on dla rodziny będzie przenosił góry Zawodnicy zmieniają pozycje, ale niezależnie na której teraz grają i są wspierani…

12.09.20
Recenzja płyty „Kwiatostan”, czyli kąpiele w jaśminowym błocie

Zaledwie kilka miesięcy po „Erozjach” ukazuje się nowy album wrocławskiego Błota. „Kwiatostan” to materiał chyba jeszcze lepszy, a na pewno inny niż debiut. No i sprzedał się w kilkanaście minut!…

12.09.20
Kajakiem przez morze: Wielkie ucieczki z PRL-owskiej Polski

Łodzie o sylwetce kajaka towarzyszyły ludziom dosłownie od zawsze. Wykorzystywano je w handlu, transporcie, sporcie, rekreacji… Ale nie tylko. Polakom po wojnie służyły głównie do uciekania z Polski W kwestiach…