Wojciech Lada opowiada jak stworzono boga na wyspie Tanna

Czy można modlić się do samolotu, albo oddawać boską cześć nabrzeżu portowemu?

Owszem. Tzw. kulty cargo popularne na wyspach oceanu spokojnego to świetny przykład tego, jak człowiek tworzył sobie bogów. Wyspa Tanna leży ponad tysiąc kilometrów od wybrzeży Australii i wchodzi w skład archipelagu Nowych Hebrydow. Ma 40 km długości i wygląda jak rajski ogród. Palmy, malownicze zatoczki, piękne wodospady, wulkaniczne wzgórza… Aż do XX wieku jej mieszkańcy w zasadzie nie mieli kontaktu z białym człowiekiem, a już z pewnością z jego cywilizacją. Wyspa nie posiadała żadnego znaczenia militarnego, nie było na niej cennych surowców – dla Europejczyków nie przedstawiała żadnej wartości, omijały ją więc wszelkie ekspedycje, nikt też nie zamierzał jej kolonizować. Jej mieszkańcy uprawiali podobno kanibalizm, ale poza tym życie toczyło się tu w tym samym od tysiącleci, neolitycznym jeszcze rytmie.

Pierwszy biały człowiek

Nie wiemy w co wierzyli wcześniej, ale był to zapewne klasyczny totemizm, czyli wiara we wspólne pochodzenie społeczności od jakiegoś zwierzęcia, któremu przypisuje się boską moc. Sytuacja zmieniła się nieoczekiwanie w latach 30. XX wieku. Wtedy właśnie na wyspie pojawił się biały człowiek, a konkretnie amerykański żołnierz John Frum. Nie wiemy skąd się tam wziął, ani kiedy i w jakich okolicznościach zniknął z wyspy. Z pewnością musiał jednak przebywać tam na tyle długo, by zapoznać tubylców z takimi wynalazkami jak radio, karabin, lornetka, a także lekarstwa. Wszystko to uznano rzecz jasna za przedmioty magiczne, samego zaś Fruma za Boga, lub co najmniej maga o nadludzkich mocach. Kiedy zniknął z Tanna – tubylcy uznali, że po prostu wrócił do swojego Nieba i ich religią stało się oczekiwanie na jego powtórne przyjście. Wiedziano nawet kiedy konkretnie to nastąpi: 15 lutego, choć nie wiadomo, którego roku.

Zrób sobie boga

Zrób sobie boga

Wszystko to byłoby jeszcze zrozumiałe. Aztekowie czy Inkowie też uznali pierwotnie XVI-wiecznych konkwistadorów za bóstwa, a przecież oni, w odróżnieniu od mieszkańców Tanna, mieli swoją bardzo wysoką kulturę. Niezwykłe jest jednak to, jak kult Johna Fruma rozwinął się później w prawdziwą religię.

Wkrótce po jego zniknięciu wybuchła II wojna światowa i wyspy takie jak Tanna stały się mimowolnym świadkiem krwawej rywalizacji amerykańsko-japońskiej. Żołnierze obu stron zakładali na nich swoje bazy, na wodzie pojawiły się monstrualne okręty, a na niebie – samoloty, z których zrzucano często paczki z zaopatrzeniem dla walczących. I to właśnie samoloty zrobiły na wyspiarzach największe wrażenie – w ich pojęciu były one magicznymi istotami wysłanymi z Nieba, zapewne przez Johna Fruma, by dostarczyć im środków do życia i lekarstw umożliwiających przetrwanie. Nie trzeba było długo czekać, by na wyspie wzniesiono prowizoryczną wieżę kontroli lotów i replikę samolotu, przy których zaczęły odbywać się obrzędy religijne ku czci Fruma, połączone z oczekiwaniem na jego powtórne zstąpienie.

Tylko bóg może być wspaniałomyślny

Wydarzenia na wyspie Tanna nie były wyjątkiem. Podobne sytuacje miały miejsce na licznych wysepkach Oceanii w czasie II wojny światowej. Na jednych budowano lotniska, na innych nabrzeża portowe – generalnie powtarzano te same czynności, które wykonywali żołnierze, a które miejscowa ludność uznała za rytualne i przynoszące wymierne korzyści. Rzecz ciekawa, że kulty cargo przybrały z czasem formę ruchów z jednej strony bardzo pacyfistycznych, z drugiej zaś – narodowowyzwoleńczych. Miały spory wpływ na upadek kolonializmu w tej części świata.

Wojciech Lada

nasza grupa tematyczna
baner zazdrość
bner jk ludożerca pokonał śmierć

Najnowsze: