Santeria. Afrykański kult, który wchłonął chrześcijaństwo

Zwykle to chrześcijaństwo wchłaniało elementy pogańskich wierzeń. Kapłani z plemienia Joruba dokonali rzeczy odwrotnej – zaadoptowali chrześcijaństwo do swoich starych, animistycznych wierzeń.

Chrześcijaństwo jest religią w całkiem dużym stopniu pogańską, a tak naprawdę można nawet powiedzieć, że nie ma jednego chrześcijaństwa. I nie chodzi tu o dobrze znany podział na katolicyzm, prawosławie i mnóstwo kościołów reformowanych. Rzecz w tym, że chrześcijaństwo, gdziekolwiek się pojawiało, zawsze dostosowywało się do lokalnych warunków, przejmując przy okazji wiele elementów miejscowych kultów. Wynikało to trochę z arogancji, ale trochę też ze świadomej polityki misjonarzy. W pierwszym przypadku, pogańskie plemiona traktowano zawsze jak bandy nieokrzesanych troglodytów, niezdolnych do pojęcia zasad wiary. W drugim zaś – ułatwiano sobie pracę, stawiając kościoły w miejscach dawnych kultów pogańskich, dostosowując kalendarz liturgiczny do dat pogańskich świąt, czy przypisując świętym chrześcijańskim cechy pogańskich bogów. A tak naprawdę, rzadko robiono nawet tyle. Zazwyczaj ograniczano się do pokropienia plemieńców wodą święconą i ustawienia w widoczny miejscu krzyża – zupełnie nie wnikając w świat ich religijnej wyobraźni.

„Kamczadale dzisiaj już wszyscy są nominalnie chrześcijanami, nominalnie powiadam, bo daleko im jeszcze do przyswojenia sobie zasad religii chrześcijańskiej, aczkolwiek obrządki przypisane im przez kościół prawosławny ściśle wypełniają. Wszystkie więc właściwości moralne tych ludzi nie powstały pod wpływem chrześcijaństwa, lecz uważać je musimy za dzieło wieków ubiegłych, wytworzone i dziedziczone wśród wierzeń bałwochwalczych” – pisał w połowie XIX wieku polski zesłaniec i badacz Benedykt Dybowski o rdzennych mieszkańcach Kamczatki i podobnie sytuacja wyglądała wszędzie na świecie.

Nawet w Polsce. W 966 roku ochrzczono co prawda Mieszka I i jego najbliższe otoczenie, ale nikomu nie przyszło nawet do głowy nauczać zasad wiary gnieżdżących się po lasach i wioskach mieszkańców państwa, skutkiem czego relikty wierzeń pogańskich znajdowali etnografowie jeszcze nawet w XX wieku. Dość wspomnieć wspaniałe prace Seweryna Udzieli – twórcy krakowskiego Muzeum Etnograficznego, który w 1924 roku opisując zwyczaje ludności Małopolski stworzył obraz niewiele różniący się pod tym względem od średniowiecza.

Nie zawsze, ale zazwyczaj plemiona przyjmowały chrześcijaństwo dość biernie i spokojnie. Wierzenia pogańskie miały zawsze ten urok, że nie były zazdrosne. W tym świecie boskość była wszędzie, więc przyjęcie takiej lub innej nazwy Boga, czy dodanie krzyża do całego arsenału innych symboli nie stanowiło dla nich większego problemu. Nic też dziwnego, że po stuleciach asymilacji, ludowej interpretacji chrześcijaństwa i swobodnego dodawania do niego elementów lokalnej wrażliwości na sacrum, niemal w każdym wierzenia chrześcijańskie różnią się od siebie – dość porównać ponury polski katolicyzm przepełniony smutkiem śmierci z wszechobecnym symbolem „Chrystusa frasobliwego”, choćby z meksykańskim, gdzie śmierć traktuje się niezwykle lekko, a figurki kościotrupów są powszechnym jarmarcznym w zasadzie gadżetem.

I w tym kontekście, tak unikalnym zjawiskiem na mapie globalnego chrześcijaństwa jest santeria – pradawna, magiczna religia rodem z afrykańskiego buszu, której chrześcijaństwo udało się z premedytacją i skutecznie oszukać.

Bóg Ojciec Olorun

Zaczęło się w zachodniej Afryce, zamieszkiwanej przez lud Jorubów. Jako jedni z nielicznych na Czarnym Kontynencie, zanim zostali skolonizowani przez Europejczyków, stworzyli bardzo wysoko rozwiniętą kulturę i stosunkowo zwarte politycznie państwo. Nie byli z pewnością ludem prymitywnym, a dorobek ich cywilizacji był, a nawet jest dotąd imponujący. Ich ręcznie tkane makaty, czy rytualne maski to prawdziwe dzieła sztuki – głównie sakralnej, bo wszystko, co Jorubowie robili zawsze przesycone było duchowością. Nic też dziwnego, że posiadali rozbudowaną mitologię i cały system rytuałów o misteryjnym, magicznym charakterze, w którym wielką rolę odgrywa hipnotyczna, transowa muzyka dobywana z bębnów.

Kultura Jorubów była tak wysoko rozwinięta, że bez większych problemów oparli się naciskom chrystianizacji i islamizacji – do dziś czcząc swoich dawnych bogów i modląc się do przodków. Przynajmniej ta ich część, której udało się pozostać w Afryce (dziś mieszkają w Nigerii, Beninie i Togo). Okresem bowiem tragicznym w dziejach tego ludu, podobnie zresztą jak niemal całego kontynentu, były XVII, a zwłaszcza XVIII stulecie, kiedy Europejczycy hurtowo wywozili ich do Ameryki w charakterze niewolników. Skala zjawiska była katastrofalna – pod koniec XVIII wieku liczba zniewolonych ludzi sięgała 100 tysięcy rocznie, z czego nawet 1/3 umierała podczas morskiej podróży. A tragizmu całej sytuacji dodaje to, że handel żywym towarem był tak intratny, że „biały człowiek” nie musiał brudzić sobie rąk – zniewolonych Afrykanów dostarczali im wprost na statki sami Afrykanie.

Proceder ten objął w zasadzie wszystkie afrykańskie plemiona, w znacznym stopniu także Jorubów, których szczególnie duże skupiska żyją do dziś na Kubie i w Ameryce Południowej. W odróżnieniu jednak od większości innych plemion, Jorubom udało się zachować tożsamość etniczną, a także przechować wiele ze swojej pierwotnej kultury, zwłaszcza duchowej. Mechanizm wyglądał zawsze podobnie. Dostarczonych na plantacje niewolników chrzczono, nadawano nowe imiona i zakazywano wykonywania dawnych praktyk. Większość z nich po latach i pokoleniach wtapiało się w lokalne warunki, jako spadek po dawnych wierzeniach pozostawiając sobie co najwyżej ludową magię, zielarstwo i wróżbiarstwo. Jorubowie tymczasem zrobili rzecz dokładnie odwrotną. Doskonale wiedząc, że ich dawny kult będzie tępiony i surowo karany, przyjęli całą symbolikę i ornamentykę chrześcijaństwa, zasymilowali wizerunki Świętej Trójcy i pomniejszych świętych, po czym dostosowali ich do tego, w co wierzyli od tysiącleci. W odróżnieniu od reszty świata, gdzie plemienne wierzenia weszły w skład chrześcijańskiej doktryny, w tym przypadku to chrześcijaństwo stało się elementem pradawnego, animistycznego kompleksu religijnego.

W ten sposób najwyższe bóstwo Olorun przybrało twarz Boga Ojca, zaś podlegające jego woli mniejsze „orisze”, czyli personifikacje sił natury, przybrały imiona chrześcijańskich świętych. Oszun – orisza seksualności stała się więc, jak na ironię, Matką Boską, a nieświadom niczego św. Piotr udostępnił swój wizerunek oriszy wojny Ogun.

Podróże do niebios

Mimo, że wyznają ją dziś miliony ludzi, santeria jest religią stosunkowo słabo poznaną. Wynika to głównie z jej sekretnego i magicznego charakteru, którego wyznawcom nie wolno zdradzać. Z tego, co wiadomo, rytuały noszą w sobie elementy pierwotnego szamanizmu. Kapłan wprowadzający się w ekstazę przy pomocy rytmicznej muzyki wznosi się do kolejnych niebios, gdzie nawiązuje kontakt z konkretnymi orkiszami, bądź duchami przodków, załatwiając w ten sposób sprawy ważne dla współplemieńców, czasem schodzi też do świata podziemnego, by porozumieć się z siłami w nim przebywającymi. Rzecz ciekawa – możliwość bezpośredniego kontaktu z bóstwami sprawia, że wyznawcy santerii mogą bez problemu uczestniczyć również w mszach kościelnych, co znacznie ułatwiało przez wieki przetrwanie tej religii w tajemnicy.

Popularność santerii – która w ostatnich dziesięcioleciach gwałtownie rozprzestrzenia się w obu Amerykach i dociera wraz z emigrantami także do Europy – wynika zapewne także z tego, że jest religią bardzo indywidualistyczną. Nie zna abstrakcyjnych pojęć Dobra i Zła, nie narzuca moralności i nie organizuje wierzących w społeczności – oznacza poszukiwanie tego, co jest dobre dla każdej jednostki, a w dodatku na tym, nie zaś żadnym innym świecie. Jest więc religią bardzo praktyczną. Jak zauważał francuski antropolog Erwan Diateill: „Santeria nasyciła  lokalną kulturę. Wszyscy coś wiedzą o orixás, a wiele osób, nawet nie wyznających tej wiary, odbyło już konsultacje z kapłanami Santerii”.

Co ciekawe, santeria nie jest jedyną tego rodzaju religią, stworzoną przez potomków niewolników Joruba. W Brazylii jej bliźniaczą siostrą, również czczoną przez miliony wyznawców jest candomblé. W odróżnieniu od santerii, której zupełnie nie przeszkadzają pozory chrześcijaństwa, tu kapłani powoli zrzucają je i przywracają pierwotne formy religijne.

I tak właśnie wygląda zemsta pewnej wspaniałej prastarej kultury afrykańskiej za kolonializm i brutalną chrystianizację.

Wojciech Lada

Polecane przez nas

https://ukorzeni.pl/ciekawostki/mitraizm-religia-ktora-mogla-zastapic-chrzescijanstwo/

Nasza grupa społecznościowa

https://www.facebook.com/groups/678418632976461/


Podobne artykuły

Ciekawostki

21.07.20
Ernest Malinowski, czyli cuda kolejowej alpinistyki

Przeciął Andy i zdobył pięciotysięcznik. W dodatku nie sam, lecz z całym taborem kolejowym Ernest Malinowski był pod koniec XIX wieku autorem inżynieryjnego cudu. Jeszcze do całkiem niedawna, La Cima…

Ciekawostki

20.07.20
Kwestia konia, czyli kto wymyślił wojnę?

Przemoc istniała od zawsze, ale wojny pojawiły się w konkretnym momencie historycznym. Jakieś 6 tysięcy lat temu, przywieźli je ze sobą konni wojownicy ze Wschodu Najpierw zaczął bardzo zmieniać się…

Ciekawostki

14.07.20
Wolemia. Drzewo dinozaurów sprzed 150 milionów lat

Znano ją tylko ze skamieniałości. W 1994 roku okazało się, że to niezwykłe drzewo przetrwało w Australii. Dziś można je sobie kupić Kiedy pojawiła się na Ziemi, dookoła biegały m.in.…

Ciekawostki

26.06.20
Globalny fenomen ochry, czyli kolor duszy kosmosu

Pospolite tlenki metali zwane wspólnie ochrą, były pierwszym w dziejach człowieka, uniwersalnym symbolem wiary w życie pozagrobowe. Wykorzystywały go wszystkie kultury ówczesnego świata Globalny fenomen ochry. Przyjmuje się, że religia…