Polowanie na czarownice, czyli całe wieki płonących stosów

Polowanie na czarownice, czyli całe wieki płonących stosów

Trwały przeszło dwa stulecia i straciło w nich życie kilkadziesiąt tysięcy osób. Zazwyczaj zapewne niewinnych. Polowanie na czarownice było najbardziej mrocznym epizodem epoki Renesansu.

W 1486 roku niemiecki mnich i inkwizytor, Heinrich Institoris opublikował książkę „Malleus Maleficarum”, lepiej znaną jako „Młot na czarownice”. Była niezwykle popularna. Do 1520 roku miała czternaście wydań, a działo się to w czasach kiedy ledwo co wynaleziono druk i jedna książka warta była nawet kilka wsi wraz z mieszkańcami. „Dobrze skomponowane, napisane z pasją i mające aprobatę papieża dzieło, było w czasie rozwoju drukarstwa jedną z najbardziej wpływowych książek” – oceniał historyk Jeffrey B. Russel. Jak się odbywało polowanie na czarownice?

Odrzucenie wiary

Institoris uporządkował chaotyczną dotąd wiedzę na temat czarownictwa. Wymieniał w niej cztery podstawowe jego cechy: odrzucenie wiary katolickiej, oddanie ciała i ducha na służbę złu, składanie diabłu ofiar z nieochrzczonych dzieci i uczestniczenie w orgiach z jego czynnym udziałem. Inkwizytor zauważał też, że czarownice potrafią zmieniać swoją postać, latać w powietrzu, przyrządzać magiczne wywary, profanując przy okazji sakramenty chrześcijańskie. Miały – jak wspominał – naturę subtelniejszą niż ludzka, były bardziej zmysłowe, ale też dość głupie i roztrzepane. I to właśnie z tego ostatniego powodu należało je osądzić i stracić. Dla ich własnego dobra. Tylko tak można było ocalić ich dusze.

Podobno inkwizytorzy naprawdę w to wierzyli.

Zabobon w środku Renesansu

Nie przypadkiem „Młot na czarownice” ukazał się pod koniec XV wieku. Powszechna nagonka na czarownice i ich skrajnie brutalne traktowanie nie były wbrew powszechnej opinii cechą średniowiecza – w gruncie rzeczy dość w tym względzie liberalnego. Kiedy dzieło Institorisa ukazywało się drukiem, świat znał już geniusz Leonarda da Vinci, zachwycał się dramatami i komediami Szekspira, Michał Anioł stworzył już ówczesne kanony piękna, za kilka zaledwie lat odkryta zostanie Ameryka, a niewiele później Mikołaj Kopernik ustalił prawidłowy model wszechświata. To właśnie w sercu hulającego po Europie Renesansu wydano dzieło, które dziś ocenić można jedynie jako szczyt ciemnoty i barbarzyńskiego wręcz zabobonu. Ale faktycznie nie był to przypadek. Procesy czarownic były właśnie konserwatywną reakcją na intelektualną rewolucję, która wówczas się odbywała i która wstrząsała oczywistymi dotąd fundamentami chrześcijaństwa.

Kręgi kulturowe

Był to zresztą czas niesłychanego fermentu na każdym niemal polu. Właśnie wówczas średniowieczny świat sypał się w gruzy: chrześcijaństwo rozpadło się na katolicyzm i różne kościoły reformowane, dzieląc przy okazji politycznie Europę na dwa kręgi kulturowe, które natychmiast rozpoczęły wojnę. Zdezorientowani chłopi rozpoczęli w 1525 roku zbrojną rewolucję, stłumioną tak krwawo, że podobnych wystąpień nie podejmowano przez kolejnych trzysta lat. Takie właśnie czasy sprzyjają szukaniu kozłów ofiarnych. I takimi właśnie kozłami zostały w XV stuleciu czarownice, dołączając w tej elitarnej grupie do Żydów.

Spalona żywa lub martwa

Jeszcze pod koniec poprzedniego stulecia sądy nad czarownicami były na tyle obiektywne, że karano oskarżycieli, którzy nie potrafili swoich oskarżeń udowodnić. Widziano w nich raczej wiejskie znachorki, których wiedza medyczna, znajomość ziół i tworzenia z nich mikstur, bywała nie mniejsza niż wykształconych lekarzy dworskich. Zresztą samo słowo „wiedźma” oznacza osobę „wiedzącą, mającą wiedzę”. Nie raz zresztą zdarzało się, że osoby takie na dwory wzywano i korzystano z ich usług. Magia była wówczas czymś całkiem normalnym, z czym każdy człowiek średniowiecza stykał się od urodzenia. Świetnie wyjaśniała to wybitna badaczka roli kobiet w historii, Maria Bogucka:

Interpretacja świata

Interpretacja świata

„W mentalności ludzi dominowała magiczna interpretacja świata, mocno wierzono w istnienie nadnaturalnych mocy, demonów, wilkołaków i upiorów. Kościół nie tyle nie zwalczał, co zawłaszczał i oswajał niektóre praktyki magiczne, włączając je do swoich rytuałów. Życie codzienne pełne było praktyk magicznych, odczyniania uroków, zaklinania złych mocy. Nabożeństwa celebrowane w kościołach, procesje, były odbierane przez tłumy niepiśmiennych wieśniaków jako rytuały magiczne” – pisała prof. Bogucka w znakomitej książce „Gorsza płeć”. Dodawała też, że alchemicy, magowie i astrologowie, a więc również czarownicy, tyle że uprawiający magię uczoną, stanowili wówczas intelektualną elitę Europy, zdobywają znaczne fortuny na dworach królewskich.

Młot na czarownice

Kiedy ukazywał się „Młot na czarownice” sytuacja odwróciła się o 180 stopni, bo dopiero wtedy właśnie magia została skojarzona z Szatanem. Osoby posądzane o czarownictwo uznawano za czcicieli Belzebuba i będące narzędziami w jego rękach, a każde nawet najbardziej niedorzeczne oskarżenie pociągało za sobą śledztwo, a więc mówiąc wprost – tortury.

Zasada była jedna. Oskarżony sam musiał przyznać się do winy. Ale już to, jakimi metodami osiągnie się ten cel, zależało od sadystycznej inwencji prowadzących dochodzenie. Samowolę inkwizytorów w tej kwestii uprawomocniała bulla papieża Innocentego VIII „Summus desiderantes affectibus”, ogłoszone równocześnie z „Młotem na czarownice”.

Inwentarz Wiedźmiego Domu

Inwentarz Wiedźmiego Domu

Stosunkowo najprostszą i najmniej bolesną metoda wymuszania zeznań była próba wody, czyli wrzucenie związanej czarownicy do rzeki lub jeziora. Jeśli utonęła, oznaczało, że była niewinna. Jeśli utrzymywała się na powierzchni – wyciągano ją i palono na stosie. Podobnie próba wagi. Na jednej szali sadzano czarownicę, na drugiej zaś kładziono egzemplarz Biblii. Jeśli księga okazywała się lżejsza, winę oskarżonej uważano za w pełni udowodnioną i również kończyła w płomieniach.

Znacznie bardziej bolesne było poszukiwanie w jej ciele miejsc naznaczonych przez diabła. Czasem były to po prostu pieprzyki lub innego rodzaju wypryski skórne, ale mogły być one także niewidoczne. Zakładano w każdym razie, że w punktach tych oskarżona nie ma czucia – aby je odnaleźć nakłuwano więc jej ciało aż do skutku. Badanie to bywało śmiertelne, co jednak dla sądu nie miało znaczenia. Żywa czy martwa, ofiara musiała zostać spalona.

Dowód winy

Dowód winy

Wynik powyższych prób sam w sobie stanowił dowód winy, oskarżona osoba nie musiała się już przyznawać, choć było to mile widziane. Z czasem rola ustnego przyznania się do konszachtów z diabłem nabrała jednak większej wagi i pojmanych torturowano do skutku. Szacuje się, że np. w Lotaryngii zaledwie 10% torturowanych zapierało się winy aż do śmierci. Pozostali prędzej czy później przyznawali się. I nie jest to dziwne, jeśli przyjrzeć się wachlarzowi serwowanych tam tortur. W Bambergu istniał np. tzw. „Wiedźmi Dom”, którego inwentarz jest nam dość dobrze znany. Na wyposażeniu śledczych znajdowały się mianowicie: śruby do ściskania kciuków, imadła do nóg, najeżone szpilami kozły do chłosty, balie na wapno palone, klęczniki z ostrymi kołkami, brony do rozciągania i najchętniej stosowane urządzenia do podwieszania, tzw. strappado. Zachował się opis działania tego ostatniego:

Tortury

„Ramiona wiązano za plecami, a linę przewieszano przez blok. Więzień był unoszony w górę, a do stóp przyczepiano mu ciężary, na skutek czego ramiona wypadały z torebek stawowych bez pozostawiania śladów ciężkiej tortury. Czasem stosowano dodatkowo zaciski do kciuków i stóp, kiedy więzień już wisiał”.

Podczas tortur, więźniowi zadawano przygotowany odgórnie zestaw pytań, z których jednak żadne nie zaczynało się od „czy”, lecz od: „kiedy” lub „jak”. Nie przewidywano więc odpowiedzi „nie”.

Kopulując z Belzebubem

Nie można wykluczyć, że w części przypadków oskarżenia o czary wynikały z – głupiej, ciemnej i ślepej – ale jednak autentycznej wiary. Dobrze znane są jednak przypadki zastosowania tego oskarżenia w celach bądź politycznych – czego słynną ofiarą była choćby Joanna d’Arc – bądź finansowych, co stało się udziałem spalonego publicznie zakonu Templariuszy. Nie musiało jednak chodzić o tak olbrzymie fortuny. Każdemu oskarżonemu i spalonemu na stosie, konfiskowano majątek, z czego 1/3 przypadała Kościołowi. Dlatego właśnie bardzo starano się, by podczas tortur nie tylko sam przyznał się do winy, ale też wskazał wspólników w szatańskich praktykach. W 1438 roku w południowej Francji sądzono niejakiego Pierre Vallina. Pierre nie wzbraniał się długo. Po kilku dniach tortur przyznał się, że deptał i pluł na krzyż, zjadał ciała niewinnych dzieci, a także przyzywał Belzebuba, z którym kopulował, gdy przyjmował postać ponętnej dziewczyny.

Podstęp

Pierre nie był zamożny, więc oprawców jego przyznanie się do winy nie do końca zadowoliło. Uciekli się więc do podstępu. Zaprowadzono go na miejsce kaźni, przygotowano efektowny stos, po czym zaproponowano mu, że jeśli zdradzi nazwiska współwyznawców nie zostanie tego dnia spalony i wrócą z powrotem do katowni. Pierre nie zgodził się, ale mimo to tego dnia go nie zgładzono. Torturowany przez kolejny tydzień, w końcu wymienił kilka, zapewne zupełnie przypadkowych nazwisk. Wszyscy spłonęli.

Podobne nadużycia były na porządku dziennym. Dość zresztą wspomnieć, ze autor „Młota na czarownice” Heinrich Institoris został usunięty z zakonu za przekręty finansowe.

Ostatnie procesy

Nie wiemy ile dokładnie spłonęło w Europie czarownic, ale o patologicznej wręcz skali zjawiska wiele mówi przykład wspomnianego już Bambergu. W ciągu dziesięciu lat, w tamtejszym „Wiedźmim Domu” biskup Johann Georg II zamęczył i spalił na stosie co najmniej sześćset osób oskarżonych o czary. Niektóre dane mówią łącznie o ok. 80 tysiącach, ale nie mogą być one precyzyjne. W przypadku Polski rozbieżności między badaczami wahają się od kilkunastu tysięcy, do niespełna tysiąca, przy czym ta ostatnia liczba wydaje się jednak bliższa prawdy – Polska nie była „państwem bez stosów”, ale w porównaniu z Europą Zachodnią, palono ich tu faktycznie stosunkowo niewiele.

Egzekucja

Wiadomo też, że wbrew obiegowej opinii oskarżenie nie zawsze kończyło się egzekucją. W Cesarstwie Niemieckim, gdzie natężenie procesów o czary było największe i wynosiło ok. 50 tysięcy, na stosie spłonęła mniej więcej połowa oskarżonych. Nie wszędzie też czarownice kończyły na stosie. Na ziemiach Imperium Brytyjskiego np. skazańców wieszano na szubienicy, formalnie nie dopuszczano także tortur. Rzecz ciekawa. Procesy o czary i hojnie rozpalane stosy dotyczą wyłącznie chrześcijaństwa zachodniego. W krajach prawosławnych podobne sytuacje nie występowały.

Największe natężenie procesów o czary przypadło na wieki XV-XVII. W kolejnym stuleciu stosy płonęły bardzo już rzadko, co wynikało ze spadku znaczenia nauki Kościoła i zwrotowi w kierunku filozofii oświeceniowej, choć jeszcze w latach 50. tego wieku palono czarownice także w Polsce. Za ostatnią kobietę spaloną na stosie za czarownictwo była niejaka Barbara Zdunk, stracona 21 sierpnia 1811 roku w warmińskim mieście Reszel. Ostatnią zaś osobą w ogóle skazaną w Europie za czary, była Jane Rebecca Yorke. Był to rok 1944, Jane była już wówczas po siedemdziesiątce, więc nie przesadzono z surowością kary. Sąd zadowolił się symboliczną grzywną.

Wojciech Lada

baner korzenie magii
bner akultyzm

Najnowsze: