Kajakiem przez morze: Wielkie ucieczki z PRL-owskiej Polski

Kajakiem przez morze: Wielkie ucieczki z PRL-owskiej Polski

Łodzie o sylwetce kajaka towarzyszyły ludziom dosłownie od zawsze. Wykorzystywano je w handlu, transporcie, sporcie, rekreacji… Ale nie tylko. Polakom po wojnie służyły głównie do uciekania z Polski

W kwestiach rekreacyjnych kajak jest zapewne jednym z najgenialniejszych ludzkich wynalazków. Lekki – można bez problemu przenosić go, gdy rzeka okazuje się zbyt płytka, lub blokuje ją jakieś zwalone drzewo. Zdrowy – prawidłowe wiosłowanie sprawia, że pracuje większość grup mięśni. Jego historia sięga czasów prahistorycznych, jako pierwsi używali go Eskimosi, w których języku brzmi w zasadzie identycznie jak we współczesnej polszczyźnie: „quajaq”. Tak naprawdę nie wiadomo, kiedy powstał pierwszy kajak. Archeolodzy łodzie o podobnym kształcie i rozmiarach znajdują nawet w stanowiskach sprzed 6 tysięcy lat, występują w sumeryjskich ruinach i zgliszczach starożytnego Egiptu, a pływano w nich także w obu Amerykach, można więc założyć, że towarzyszył on człowiekowi w zasadzie od zawsze – w naturalny sposób ułatwiając przemieszczanie się po rzekach, lub wodach przybrzeżnych mórz. Do Europy jednak, jako rodzaj łodzi sportowo-turystycznej, trafił kajak w połowie XIX wieku i zawrotną karierę zrobił w okresie międzywojennym.

Genialność kajaka polega również na tym, że ma niezwykle prostą konstrukcję, co z kolei powoduje, że jest dość tani. I tę właśnie cechę kajaka doceniano najbardziej w Polsce tuż po II wojnie światowej. Z tym zastrzeżeniem, że kajaków używano wówczas głównie nie w celach rekreacyjnych lub sportowych, lecz znacznie bardziej ekstremalnych. Masowo uciekano nimi z Polski przez Bałtyk do Szwecji lub Danii.

W zamkniętym kraju

Powojenna Polska była krajem zamkniętym. Możliwość legalnego przekroczenia granicy była dla przeciętnego obywatela praktycznie nieosiągalna – dość wspomnieć, że nielegalnie uciekać z kraju musiał nawet wicepremier Stanisław Mikołajczyk. Nowa władza bardzo dbała, by z kraju nie uciekali ci, którzy mieli obowiązek ją kochać. Z biegiem czasu sytuacja pod tym względem bardzo się liberalizowała, ale faktycznie do 1989 roku wyjazdy z kraju były w ten czy inny sposób utrudnione. W pierwszych zaś powojennych latach, były praktycznie niemożliwe. Nic też dziwnego, że masowym procederem było uciekanie przez tzw. „zieloną granicę”. Porywano samoloty, przepływano Odrę, przedostawano się górskimi szlakami… Wszystko to jednak było skrajnie niebezpieczne, nie tylko dlatego, że pilnowali jej wojska ochrony pogranicza, ale też dlatego, że południowa i zachodnia granica dzieląca wymarzony Zachód od Wschodu wytyczona była zaoranym pasem ziemi o długości 2901 km, co stanowiło 80% całej polskiej granicy. Jak duża była to inwestycja wiele mówią liczby – aby taki pas przygotować trzeba było wyciąć 1347 ha drzew i drugie tyle krzewów. Podobno plan był taki, by przetrzebić w ten sposób całą granicę, ale – jak na ironię – zaprotestowali sowieccy botanicy, strasząc katastrofą ekologiczną. Ale mało tego. Wzdłuż całego tego pasa ustawiono wieże strażnicze, a także urządzenia sygnalizacyjne wykrywające ruch. Te ostatnie co prawda nie sprawdziły się, bo często uruchamiały je dzikie zwierzęta.

W tej sytuacji stosunkowo najbezpieczniejszą drogą ucieczki okazywało się morze bałtyckie. I on było kontrolowane, na nim też ustawiano urządzenia sygnalizacyjne. Tu jednak WOP-iści mieli jednak mimo wszystko trudniejsze zadanie. Nic też dziwnego, że w latach 40. i 50. polscy rybacy masowo porywali swoje kutry, bogatsi przemycali się na zagraniczne statki płacąc ciężkie łapówki, raz nawet polscy marynarze porwali okręt wojenny „Żuraw” i uciekli nim do Szwecji. Większość obywateli nie miała jednak takich możliwości. I właśnie dlatego taką popularnością cieszyły się wówczas kajaki.

Ucieczki czymkolwiek

Fantazja uciekinierów bywała ułańska. W przepastnym Archiwum Straży Granicznej zachował się raport funkcjonariuszy o jednej z takich ucieczek, niestety nieudanej.

„Do ucieczki za granicę przygotowali kajak składany, który został przywieziony z Poznania w paczkach, do jednego z zatrzymanych. Kajak został przygotowany do dłuższej podróży na morzu, a mianowicie: wykonany z drewnianych żerdzi, następnie obciągnięto go płótnem napuszczonym płynem uniemożliwiającym przedostanie się do wewnątrz wody. Ponadto w kajaku przymocowano 30 dętek rowerowych i motorowych napełnionych powietrzem, które miały chronić przed zatonięciem. Poza tym cały kajak i wiosła pomalowane były na kolor czarny, ażeby pod osłoną nocy nie były widoczne. Dla szybszej jazdy po morzu zaopatrzyli kajak w dwa niewielkie żagle koloru zielonego”.

Tym akurat pechowcom nie udało się wydostać z kraju, ale podobnych im, tylko w okresie od 15 stycznia do 31 maja 1947 roku było blisko tysiąc osób – a mówimy tu tylko o ucieczkach wykrytych. Ilu udało się uciec, nie mamy najmniejszego pojęcia, ale podaną wyżej liczbę trzeba zapewne zwielokrotnić. Przyznawali to zresztą sami funkcjonariusze. „Przebiegłość usiłujących uciec za granicę była tak różnorodna, iż na ogół każde przestępstwo nie było podobne do poprzedniego i następnego – przyznawał w 1979 roku Henryk Kula w swojej książce o granicy morskiej PRL. O wiarygodności tego źródła wiele mówi to, że wydało ją ówczesne Ministerstwo Obrony Narodowej. Autor nie przesadzał. „Biuletyn Informacyjny WOP” za czerwiec 1946 stwierdza wprost: „Cyfra ujętych przestępców jest tylko procentem tego, co nielegalne granicę przekracza”.

Kurs na Karlskronę

A jak wyglądały w praktyce takie ucieczki? Zachowała się relacja Stanisława Rankina i Jerzego Martuli, którzy uciekli w ten sposób w 1955 roku. „Uważaliśmy, że plan jest idealny. Jak nas złapią w zatoce czy nawet na pełnym morzu, to powiemy, że nas wiatr zniósł. Kto by tam pomyślał, że planowaliśmy taką łodzią przepłynąć morze. O możliwości utonięcia nawet nie myśleliśmy. Arogancja młodości” – opowiadał Rankin. Nie mógł wiedzieć, że kilka miesięcy wcześniej próbowano przepłynąć Bałtyk na prowizorycznie skleconej tratwie, a inni uciekinierzy wybrali do tego celu ponton z silniczkiem. Tak czy inaczej zamówili wykonanie łodzi u znajomego szkutnika, kiedy zaś była gotowa, spuścili go bez specjalnych przygotowań na nurt Martwej Wisły. Trochę strachu mieli mijając posterunek WOP. Żołnierze nawet coś za nimi krzyczeli, ale udawali , że nie słyszą i bez żadnych incydentów popłynęli dalej. Pierwszą noc spędzili w Jastarni. „Dwa dni później, za ostatnie pieniądze kupiliśmy chleba, szprotek z wędzarni i krówek. Była tam wtedy wędzarnia szprotek i fabryka cukierków. Wzięliśmy parę butli wody, wrzuciliśmy nasze rzeczy, pożegnaliśmy się z kolegami, mówiąc, że parę dni wrócimy i odpłynęliśmy. Nie wiedziałem wtedy, że upłynie 26 lat zanim znowu stanę na polskiej ziemi” – opowiada Rankin.

Wzięli kurs na Karlskronę – najbliższy, odległy od Helu o 340 km, port w południowo-wschodniej Szwecji. Do północy przebyli jedną dziesiątą trasy i zaczął wzmagać się wiatr. Fale przelewały się przez pokład, a prowizoryczny maszt rozkleja się powodując łopot żagla. Cudem udaje im się w takiej sytuacji zbić go gwoździem i jakoś wrócić na kurs. Pojawia się jednak nowe niebezpieczeństwo. W pobliżu przepływa polski statek pasażerski „Batory”. To niby nie WOP, ale wielokrotnie zdarzało się, że załogi takich statków, a nawet kutrów rybackich wyłapywały uciekinierów i odstawiały ich do kraju. Ze strachu pozbywają się kompromitujących materiałów: mapy i kompasu. Ostatecznie „Batory” ignoruje ich obecność na morzu, ale teraz już nie wiedzą jak płynąć. Mieli sporo szczęścia – fale wyrzuciły ich na brzeg w Niemczech Zachodnich, a spotkany tam szyper kutra rybackiego zgodził się pomóc im w dostaniu się do Szwecji.

„Cumujemy przy wolnej kei. Port wydaje się opuszczony. Nie ma milicji, strażników… Dopiero rano pojawiła się policja, reporter miejscowej gazety i sporo ciekawskich. Padają pytania: kto? Skąd? Jak? Kapitan podpisuje, że nas uratował na morzu i wraz z kutrem znika za falochronem” – mówi Rankin. Przez kilka kolejnych lat pływał na szwedzkich statkach handlowych, zwiedził pół świata – później już własnym jachtem. Polskę odwiedził po raz pierwszy od tamtej pory w 1974 roku.

Wojciech Lada

Polecane

https://ukorzeni.pl/ciekawostki/asterix-i-obeliks-nad-wisla-czyli-cywilizacja-celtow/

Nasza grupa społecznościowa

https://www.facebook.com/groups/678418632976461/


Podobne artykuły

Ciekawostki

22.11.20
Korzenie antysemityzmu: Mroczna kariera mędrców Syjonu

Globalny spisek żydowski? Niemal wszystkie współczesne teorie spiskowe opierają się na jednym, dokumencie. Sfałszowanym. Korzenie antysemityzmu są oczywiście znacznie głębsze, sięgają początków średniowiecza i – uproszczając – wynikają z biblijnego…

Ciekawostki

21.11.20
„Tupeciary”: Ile dla swojej płci może zrobić twórczyni komiksów

O drodze kobiet do pełni wolności i samospełnienia mówi się teraz więcej – i bardzo dobrze. Wydany nakładem Bęc Zmiany komiks Penelope Bagieu pokazuje jak robić to celnie i lekko.…

Ciekawostki

29.09.20
Ziołolecznictwo w średniowieczu. Zioła wówczas czyniły cuda

Leczenie naturalne bywało zaskakująco skuteczne, zwłaszcza w czasach, kiedy nie istniał przemysł farmaceutyczny Na co i jakie zioła pomagały dawnym Polakom na ich liczne schorzenia? Marcin z Urzędowa był barwną…

Ciekawostki

23.09.20
Jan Baranowski: Polak, który ocalił Francję przed bankructwem

Gazomierz, semafor, kasownik biletów… Jan Józef Baranowski wynalazł ok. siedemnastu urządzeń bądź systemów, bez których trudno wyobrazić sobie codzienne życie nawet w XXI wieku W 1832 roku Jan Józef Baranowski…