Frazer o świętej komunii, czyli krępująca kwestia zjadania boga

Ciało i krew Jezusa Chrystusa zjadane jest rytualnie każdego dnia w milionach świątyń. Podobne rytuały miały miejsce już setki lat przed narodzinami chrześcijańskiego Syna Bożego

Sceptycy, zasadniczo niechętni chrześcijaństwu, często używają argumentu: co to za religia, która każe zabijać i zjadać swojego boga? To słaby zarzut. Śmierć boga to osobny temat, ale już konsumpcja boskiej istoty jest powszechnym wątkiem wszystkich kultów płodności, jak świat długi i szeroki, praktycznie od momentu, gdy ludzki umysł był na tyle rozwinięty, by był w stanie pomyśleć o boskości. Bogowie zawsze umierali i zawsze byli zjadani. Należało to do ich natury. Szkocki antropolog społeczny, filolog i historyk religii James George Frazer wywarł ogromny wpływ na wczesne etapy współczesnych studiów nad porównywaniem religii.

Bóg z ostatniego snopka

W czasach sobie współczesnych, a więc pod koniec XIX wieku, sir James Frazer, w swojej klasycznej książce „Złota gałąź” zebrał rozliczne obrzędy i rytuały, wciąż wówczas praktykowane w różnych stronach świata. Zazwyczaj były to rytuały wiejskie, co oznacza, że ich rodowód był prastary, sięgający czasów głęboko przedchrześcijańskich. Frazer nigdy nie był „w terenie”. Nie zbierał tych materiałów osobiście, lecz czerpał je od młodszych i bardziej rządnych przygody etnografów. Zasłynął nawet anegdotą. Gdy był już badaczem sławnym i jego renoma obiegła już cały, naukowy świat, ktoś zadał mu proste pytanie: „Panie profesorze, czy widział pan kiedyś choćby jednego z tych dzikich ludzi, o których tyle pan pisał?”. Frazer z oburzeniem wciągnął powietrze i odparł wzburzony: „A niech mnie Bóg broni!”. Jako etnograf gabinetowy, był jednak niezwykle sumienny i na jego prace powołują się do dziś kolejne pokolenia badaczy, zaś „Złota gałąź” jest jednym z najczęściej cytowanych dzieł etnograficznych. Inaczej mówiąc – Frazerowi można zaufać.

James George Frazer

W kwestii zjadania boga, odnotował np. ludowy zwyczaj ze Szwecji, a konkretnie z Värmland. Otóż po żniwach, tamtejsze kobiety pieką ze zboża z ostatniego zżętego snopka chleb, który formują w kształt dziewczyny. Następnie wypiek rwie się na kawałki i rozdaje wszystkim domownikom, dokładnie tak, jak my dzielimy się opłatkiem w Wigilię. Istotny jest tu kształt chleba, ale jeszcze ważniejsze jest to, że pochodzi on z ostatniego snopka. Panuje tam mianowicie wiara, że właśnie w nim żyje bóstwo zboża. W zasadzie identyczny rytuał Frazer odnotował w Szkocji, a także we francuskiej Owernii, gdzie miał jeszcze większy rozmach. „Z ciasta sporządzano figurę mężczyzny i zawieszano ją na jodle, umieszczanej na ostatnim wozie zjeżdżającym z pola. Drzewo i człowieka z ciasta zabierano do domu mera, który przechowywał je do zakończenia winobrania. Podczas uczty kończącej winobranie, mera łamał człowieka z ciasta na kawałki i rozdawał do zjedzenia ludziom” – pisał etnograf, nie dodając, że wyglądało to tak, jakby kapłan rozdawał komunie w kościele.

I nie jest to jedyna kościelna analogia. W okolicach angielskiego hrabstwa York, zwyczaj nakazuje, by pierwsze kłosy podczas żniw ściął duchowny. „Zdaniem mego informatora, z tego zboża sporządza się chleb do komunii. Jeśli jest to prawdą (a przemawia za tym analogia), wówczas dowodzi to, że komunia chrześcijańska wchłonęła sakrament znacznie starszy od chrześcijaństwa” – komentuje Frazer. Choć można tu postawić otwarte pytanie, czy wierzenia pogańskie, nie zrobiły tu nowej wierze psikusa. Dlaczego bowiem tym razem są to pierwsze kłosy, skoro bóstwo zwyczajowo żyje w ostatnich?

Placek z boga

W Natalu w Południowej Afryce, też da się odnotować zwyczaj podobny do chrześcijańskiej komunii, a z całą pewnością znacznie od niej starszy. Tym razem sacrum żyje nie w zbożu, lecz w świeżych owocach. Panuje tam ścisły zakaz zjadania ich przed wykonaniem stosownego rytuału. Mówi się, że kto to zrobi umrze, a jeśli kogoś się na tym przyłapie – jak przekonuje Frazer – zostaje on zabity, lub w najlepszym przypadku odbiera mu się stada bydła. Sam rytuał polega na tym, że w specjalnych, używanych tylko do tego celu kotłach, gotuje się różne płody ziemi, zmieszane z mięsem i „czarami”, po czym król osobiście daje każdemu członkowi społeczności łyżkę takiej strawy do zjedzenia.

O tym, jak bardzo rozpowszechnione są wierzenia o bóstwach mieszkających w płodach rolnych przekonuje choćby to, że występują one nie tylko – jak było widać – w północnej Europie i południowej Afryce, ale też na syberyjskim Sachalinie, gdzie lokalne plemię Ajnów modli się do prosa, nazywając je „boskim zbożem” lub „zbożowym bóstwem”, zanim przystąpią do jedzenia upieczonych z niego placków. Jednak bodaj najbardziej efektowne rytuały zabijania i zjadania swoich bogów, odprawiali Aztekowie w czasach przed przybyciem tam hiszpańskich konkwistadorów. Opis takiego rytuału pozostawił XVI – wieczny historyk Joseph Acosta. Był on niezwykle rozbudowany. Najpierw specjalnie wybrane dziewice zostawały odizolowane – co miało gwarantować ich czystość. W zaciszu świątyni mieszały one nasiona buraka z pieczoną kukurydzą, a następnie, dodając miód, ugniatały z tego ciasto, które formowały w postać boga Vitzilipuztli. oczy robiły mu ze szklanych paciorków, zęby z ziaren kukurydzy, a całą postać ubierały w bogatą szatę i w dzień święta zanosiły do bogato zdobionej lektyki.

Same dziewice także stroiły się: wkładały białe suknie, a na głowach i na szyi miały ozdoby z suszonej i pieczonej kukurydzy. W dniu święta dołączali do nich młodzi mężczyźni, wystrojeni podobnie, tyle tylko, ze szaty nosili czerwone. Zanoszono wówczas figurkę boga do świątyni, gdzie czekał już pełny zestaw kapłanów ustawionych zgodnie z hierarchią, a także najwyżsi urzędnicy państwa i oczywiście tłum mieszkańców. Dziewice miały dodatkowo kawałki tego samego ciasta, z którego zrobiono bożka, uformowane w formę kości. Zarówno te kości, które nazywano „ciałem i kośćmi Vitzilipuztli”, jak i posążek były błogosławione i modlono się do nich. „Po zakończeniu ceremonii, tańców i śpiewów, wracali, by się przebrać, a kapłani i starsi świątyni zabierali zarówno samego bożka z ciasta, z którego zdjęto już wszystkie ozdoby, jak i kawałki, które poświęcili i rozdawali ludowi jako komunię, poczynając od ludzi znaczniejszych, a potem rozdając je reszcie, zarówno mężczyznom, kobietom, jak i małym dzieciom, a ludzie przyjmowali to ze łzami, lękiem i szacunkiem, jako że była to rzecz wspaniała i mówili, że spożywają ciało i kości boga, co ich smuci” – pisał Acosta.

Podobny obrządek odbywał się też kilka miesięcy później, a śmierć ponosił wówczas kolejny z wielkich azteckich bogów Huitzilopochtli. Była to ceremonia bardziej brutalna, bo kapłan wbijał w pierś figurki boga strzałę i mówił wprost: „Zabijam boga Huitzilopochtli po to, by zjeść jego ciało”. Następnie wycinał „serce” figury i dawał je do zjedzenia królowi, a resztę rozdawano ludowi w formie komunii, choć tym razem wyłącznie mężczyznom.

Frazer nie ukrywa, ze podobne przykłady można znaleźć i w Tybecie i u Indian Ameryki Północnej, a ich rodowód jest zawsze co najmniej neolityczny. Bóg musiał umrzeć i być zjedzony, tak jak zabija się płody rolne, a następnie zjada się je. Tak jak w chrześcijańskie Chrystus musiał umrzeć, by pokonać śmierć i zapewnić ludziom życie wieczne. Śmierć staje się więc gwarancją życia. Inaczej mówiąc, chrześcijańska teoria transsubstancjacji, znana była ludziom jakieś dziesięć tysięcy lat przed pojawieniem się chrześcijaństwa.

Wojciech Lada

nasza grupa tematyczna

Świat na opak, czyli błazeński karnawał

baner potop w rajskim ogrodzie

Najnowsze: